Polowanie na celebrytów

Wacław Kapusto w swoim żywiole

Wacław Kapusto w swoim żywiole

W tych dniach ukaże się biografia Wacława Kapusto (1925-2018), czołowego fotografika i fotoreportera Warmii i Mazur. Autor wielu wystaw w kraju i zagranicą, albumów fotograficznych, ilustracji do wydawnictw, znany był przede wszystkim ze zdjęć zamieszczanych na łamach kolorowego tygodnika „Panorama Północy”, a także z fotografowania krajowych i zagranicznych gości w rządowym ośrodku w Łańsku pod Olsztynem. Oto fragment książki „Wacław Kapusto w obiektywie życia”, której autorem jest olsztyński dziennikarz Marek Książek. Rozdział dotyczy polowania na osobowości filmu i literatury. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.
(red. GP)

Atrakcyjnych „obiektów” fotograficznych nie brakowało Wacławowi nawet w Olsztynie. Mowa o celebrytach, choć wówczas nazywano ich gwiazdami. Były to gwiazdy kina, teatru, estrady i raczkującej telewizji. Wacław Kapusto, dzięki swemu dyskretnemu sposobowi bycia, nie tylko potrafił podejść gwiazdę, ale też zdobyć jej sympatię. Jeśli oczywiście były ku temu odpowiednie warunki.

Tak było z kultowym – jak się określa dzisiaj – Zbyszkiem Cybulskim, legendą polskiego kina w latach powojennych, znanym z kreacji w takich filmach jak „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy, „Krzyż Walecznych” Kazimierza Kutza czy „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hassa. O aktorze w ciemnych okularach wszyscy mówili „Zbyszek”, choć niewielu znało go osobiście.

Kawaler w poważnym niebezpieczeństwie

Wacław Kapusto ze Zbigniewem Cybulskim miał do czynienia kilkakrotnie. Pierwszy raz w 1959 roku, gdy znany już z roli Maćka Chełmickiego aktor znalazł się na okładce „Panoramy Północy”. I to z okazji 8 marca, czyli Dnia Kobiet. Autorem tego portretu był oczywiście Kapusto, tak jak pozostałych zdjęć zamieszczonych w środku numeru. Cybulski był świeżo po niebywałym sukcesie „Popiołu i diamentu” (premiera październik 1958). Został okrzyknięty największym talentem polskiego filmu, nie mając w tym czasie żadnej konkurencji i będąc idolem nie tylko kobiet, które samo otarcie się o niego traktowały niemal jak erotyczne przeżycie. Jednym słowem – był wielki!

Dziennikarz „PP” Tadeusz Ostaszewski zabrał Wacława Kapusto i pojechał z nim specjalnie do Łodzi, gdzie spodziewali się spotkać Cybulskiego, który w tamtejszej wytwórni grał w „Pociągu” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Reporterzy zlokalizowali aktora w restauracji i choć początkowo opierał się, w końcu udzielił krótkiego wywiadu, między innymi ujawniając stan cywilny („kawaler w poważnym niebezpieczeństwie”), a także opowiedział anegdotę o pewnym widzu, który ucieszył się na jego widok po premierze „Popiołu i diamentu” („Panie, pan żyje! Jak ja się cieszę, że pan żyje!”). Przyznał się też, że razem z Bogumiłem Kobielą napisał scenariusz filmu „Do widzenia, do jutra” (w 1960 roku ukazał się na ekranach w reżyserii Janusza Morgensterna). Co więcej, pozwolił dziennikarzowi sprawdzić swoje słynne, ciemne okulary, przez które Ostaszewski nic nie widział. To świadczyło, że nie nosił ich dla fasonu.

Z Jolantą Umecką, znaną z "Noża w wodzie" Polańskiego

Z Jolantą Umecką, znaną z „Noża w wodzie” Polańskiego

Spod „Żagli” na dołek

Od tej pory zaczęła się znajomość Zbyszka Cybulskiego z dziennikarzami tygodnika, który na bieżąco informował o sukcesach aktora (…) W maju 1962 roku, na 5-lecie „Panoramy Północy” redakcja zaprosiła zaprzyjaźnionych artystów, w tym Cybulskiego. Z tą wizytą wiąże się pewna przygoda, jaką Kapusto przeżył z udziałem sławnego aktora i nie tylko. Zaczęła się ona „Pod Żaglami”, gdzie Cybulski „był duszą skromnej uroczystości”, jak to później odnotowano, i gdzie wznoszono toasty na cześć jubilatki i honorowych gości, po czym Wacław towarzyszył aktorowi w drodze do hotelu „Nad Jarem”. Razem z nimi szedł skromnie Mieczysław Kalenik, odtwórca głównej roli w „Krzyżakach” Aleksandra Forda (pierwszy publiczny pokaz odbył się 15 lipca 1960 roku w Olsztynie). Nie dotarli jednak od razu do miejsca zakwaterowania aktorów, bo przed ratuszem czatował na nich Jerzy Malesza, który miał studio reklam filmowych w miejscu dzisiejszego „okrąglaka”, a na murze Domu Książki wyświetlał filmy. Zaprosił ich do swojego biura, nęcąc poczęstunkiem w postaci schłodzonej wódki i znakomitych węgorzy. A kto się takiej pokusie oprze?

Kiedy już posmakowali jadła i picia, w pomieszczeniu pana Maleszy zrobiło się głośno i wesoło, zwłaszcza gdy uczestnicy spotkania zaczęli śpiewać. Zmierzchało już, kiedy zaszedł do nich jeszcze jeden gość – posterunkowy z budki MO, jaka stała obok studia. „Panowie, nie za głośno?” Kapusto starał się wytłumaczyć milicjantowi, że powód tej biesiady był ważny. „Panie władzo, tu jest Zbyszko z Bogdańca” – zagaił pojednawczo. Na co funkcjonariusz: „Nie będzie mi pan oczu mydlił filmami”. Za chwilę przed budynek zajechał milicyjny gazik, z którego wysiadł oficer i wszystkich trzech, oprócz gospodarza, zaprosił do „czerwonej” komendy miejskiej MO.

– Siedzimy na ławie pod ścianą i nie wiadomo, co z nami będzie, a Zbyszek Cybulski już się niecierpliwi, wreszcie łapie dyżurnego za rękaw i mówi: „Stary, o co ci chodzi? My, bracia Słowianie…”. Rękę podaje, do całowania się bierze, a ten milicjant coraz bardziej spłoszony, nie wie, co robić, wydzwania gdzieś… Na szczęście w tym momencie zadzwonił redaktor Mirosław Tomaszewski z Radia Olsztyn, wielki miłośnik kina i recenzent filmowy, który akurat w rozgłośni szykował kronikę kryminalną. Gdy usłyszał, że na komendzie mają kilku zatrzymanych, zapytał: „A kogo tam macie?” Wtedy dyżurny wyjawił, kto to taki, na co dziennikarz: „To zwolnijcie ich, bo się kompromitujecie”. No i nas zwolnili – wspomina Kapusto. Taka to wtedy była siła mediów.

Do hotelu „Nad Łyną” było jeszcze kawał drogi, a że Kalenik zaczął trzeźwieć, sam powędrował dalej. Natomiast Wacław holował Cybulskiego i w końcu dotarli do hotelu, gdzie mieszkała także aktorka Zofia Słaboszowska. Spała już, ale wejście kolegi w towarzystwie fotoreportera było na tyle głośne, że się obudziła. Cybulski usiadł u jej stóp na łóżku i zaczął opowiadać, co ich spotkało, a potem gadał już o tym co mu ślina na język przyniosła.

– Jak zaskoczył, nie było sposobu, by go zatrzymać. Po prostu marudny był, zwłaszcza po alkoholu – pamięta pan Wacław. Słynny aktor miał jeszcze raz przyjechać do Olsztyna, na 10-lecie „Panoramy Północy”. Nie zdążył, zginął 8 stycznia 1967 roku, wskakując na dworcu we Wrocławiu do pociągu, który odjechał bez niego.

Fotoreporter ze Zbigniewem Cybulskim w Olsztynie

Fotoreporter ze Zbigniewem Cybulskim w Olsztynie

Słynne ciemne okulary

Niewiele wcześniej, bo wiosną 1966 roku przesłał do redaktora naczelnego „Panorama Północy” Henryka Święcickiego telegram o treści: „Szanowny panie redaktorze – stop – w związku z waszym reportażem o filmie amerykańskim kręconym w Warszawie Noc generałów komunikuję że nie statystowałem ani nawet nie brałem udziału w tym filmie co wynika z artykułu – stop – po prostu pewnego razu przyglądałem się pracy tej ekipy prozaicznie z ciekawości – stop – może sprostujemy serdecznie pozdrawiam pana i zespół redakcyjny wasz Z. Cybulski”.

Reportaż z planu filmowego autorstwa Tadeusza Trepanowskiego ukazał się w „Panoramie” 20 marca. Autor relacji istotnie wtrącił uwagę, że oprócz całej masy statystów polskich „ujrzeliśmy na planie Zbyszka Cybulskiego, Adama Pawlikowskiego i innych polskich aktorów”. Natomiast wspomniany telegram Cybulskiego, wzbogacony jego zdjęciem w towarzystwie aktorki Joanny Jędryki, został opublikowany dopiero 5 czerwca 1966 roku, co świadczy o długim procesie produkcyjnym tygodnika. Szkoda, że Cybulski nie wystąpił w „Nocy generałów”, notabene produkcji francuskiej. Z pewnością byłby ozdobą filmu obok takich sław jak Peter O’Tolle, Omar Sharif, Christopher Plummer czy Juliette Gréco. Światowa premiera obrazu miała miejsce w styczniu 1967 roku, więc polski gwiazdor już jej nie doczekał. Warto jednak dodać, że „Panorama Północy”, jakby w formie przeprosin, zamieściła po raz kolejny zdjęcie Cybulskiego na okładce najbliższego numeru – z 19 czerwca 1966 roku.

Po latach Kapusto tak wspominał Cybulskiego: „Spotykaliśmy się wielokrotnie przy różnych okazjach. Zawsze na drugi dzień bolała mnie potem głowa. Kiedyś Zbyszek zdenerwował się, że niektórzy uważają jego okulary za swego rodzaju pozę. I nagle zdjął je i włożył mi na nos. Istotnie, nie były to okulary ozdobne, miały silne lecznicze szkła. Podobno to właśnie one były przyczyną tragicznej śmierci Zbyszka. Mówiono, że spadły mu, gdy wbiegał na peron, by dogonić odjeżdżający pociąg”.

Marek Książek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *