
W polskiej turystyce samorządowej dzieje się coś dziwnego. Coraz częściej wystarczy położyć asfalt, postawić wiatę, zamontować tablicę albo kupić kilka reklam przy lotach, żeby w dokumentach pojawiły się wielkie słowa: marka, promocja, rozwój turystyki, atrakcyjność regionu. Brzmi dobrze. Czasem nawet bardzo dobrze. Tylko po chwili okazuje się, że pod eleganckim tytułem kryje się zwykły wydatek, który z turystyką ma związek raczej życzeniowy.
Ścieżka rowerowa? Oczywiście, może być potrzebna. Wiata? Jasne, nikt nie lubi moknąć. Lotnisko regionalne? Może mieć sens. Czarter wakacyjny? Dla pasażera wygodna rzecz. Problem zaczyna się wtedy, gdy te rzeczy udają coś, czym nie są. Bo droga rowerowa nie staje się automatycznie marką regionu tylko dlatego, że tak wpisano w tytule projektu. A lot do Tunezji nie staje się promocją turystyki przyjazdowej tylko dlatego, że na materiałach pojawi się logo województwa.
Więcej na 2ba.pl

