Nie da krzepy: Jak śliwowica stała się amfetaminą

Alkohol
Alkohol
Fot. Pixabay

Aktem oskarżenia zakończyło się śledztwo prowadzone przez małopolski wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej wspólnie z policją i administracją skarbową. Z ustaleń śledczych wynika, że do Szwecji fałszerze przemycali płynną amfetaminę w butelkach z etykietami regionalnego polskiego alkoholu. Policja zatrzymał 4 osoby, w tym podejrzanego o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Funkcjonariusze uniemożliwili przemyt 7 litrów płynnego narkotyku.

Śledztwo w sprawie międzynarodowej grupy przestępczej zajmującej się m.in. przemytem narkotyków z Polski do Szwecji prowadził Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wspólnie z funkcjonariuszami Zarządu w Katowicach Centralnego Biura Śledczego Policji i Karpackiego Oddziału Straży Granicznej w Nowym Sączu.

Śledczy ustalili, że grupa rozpoczęła działalność jeszcze w 2016 roku. W jej skład wchodzili mieszkańcy województwa małopolskiego, głównie Krakowa oraz powiatu gorlickiego i miechowskiego.

Członkowie grupy są także podejrzani o oszustwa oraz fałszowanie dokumentów. Na ich podstawie wyłudzano kredyty i pożyczki gotówkowe, zapewniając prawdopodobnie finansowanie działań związanych z przemytem i obrotem narkotyków.

Czujnego policjanta nic nie zmyli

Oskarżeni przemycali do Szwecji płynną amfetaminę w butelkach oznaczonych etykietami jednego z tradycyjnych, regionalnych, polskich trunków alkoholowych. Miało to na celu zmylenie funkcjonariuszy, w przypadku ewentualnej kontroli. Narkotyk transportowali drogą morską do Szwecji, gdzie płynną substancję przetwarzano na proszek tj. siarczan amfetaminy, a potem wprowadzano do obrotu. Oprócz samego narkotyku, do Szwecji przemycano również półprodukty służące do wytwarzania amfetaminy.

Łącznie w ramach wspólnych działań agenci CBŚP i SG zatrzymali 4 osoby i przejęli 7 litrów płynnego narkotyku, z którego można by uzyskać blisko 10 tys. porcji narkotykowych siarczanu amfetaminy, wartych ok. 120 tys. zł.

Z dotychczasowych ustaleń wynika, że podejrzani mogli przemycić blisko 15 litrów płynnej amfetaminy, którą następnie przerobiono na prawie 20 kg sproszkowanego narkotyku, wartego blisko ćwierć miliona złotych.

Zatrzymanych oskarżono o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, w tym jedna z nich podejrzana jest o kierowanie tą grupą. Pozostałe zarzuty dotyczyły wytwarzania, przemytu i wprowadzania do obrotu znacznych ilości substancji odurzających, fałszowania dokumentów, a także oszustw kredytowych.

Daje krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica

W oficjalnym komunikacie policyjnym nie pada nazwa tego trunku. Nieoficjalnie wiadomo, że kontrabanda ukryta była w butelką z etykietą śliwowicy.

O tym regionalnym trunku alkoholowym krążą po Polsce legendy. Przez lata produkowano go nielegalnie w kilku wioskach położonych nad Dunajcem, w Beskidzie Sądeckim.

Od XII w. okolice Łącka słyną z rozwiniętego sadownictwa. Już osiem wieków temu eksportowano stąd suszone owoce (i powidła) do wielu krajów europejskich. Specyficzny mikroklimat Kotliny Łąckiej powoduje, że również dzisiaj łąckie owoce mają niepowtarzalny, wyrazisty smak i zapach.

W XVII i XVIII w. sady jabłoni i śliw zajmowały ogromne połacie regionu. W tym czasie na pewno produkowano już słynną dziś śliwowicę – bezbarwny lub lekko żółtawy napój alkoholowy o charakterystycznym śliwkowym aromacie i stosunkowo łagodnym smaku. Jednak dopiero w latach 1882-1912 zaczęła działać oficjalna wytwórnia tego trunku.

Po II wojnie „śliwkowy” alkohol zaczęto nazywać krasilicą, od góralskiego powiedzenia „daje krzepę, krasi lica nasza łącka śliwowica”.

Gdyby nie grzesznicy, nie byłoby śliwowicy?

Opowieści przekazywane latami z ust do ust głoszą, że na początku XX wieku, miejscowy proboszcz, ksiądz Jan Piaskowy, uwieczniony dla potomnych w nazwie jednej z ulic Łącka, dość osobliwie rozliczał z grzechów swych wiernych. W ramach pokuty, zamiast odmawiania modlitw przed ołtarzem nakazywał obsadzanie przydomowych ogrodów i pól a to dziesięcioma jabłoniami, a to pięcioma śliwami, a to drzewami grusz.

Tym sposobem sady zwiększały się co roku. Jednak łąccy górale, lud podówczas prosty, pracowity, acz dociekliwy, poczęli zastanawiać się, co też na sumieniu musi mieć ksiądz dobrodziej, skoro właśnie jego sad był największym w okolicy. To – oczywiście – anegdota, bowiem jak twierdzą źródła pisane łącki proboszcz potępiał pędzenie tego trunku w góralskich domach.

Być może stąd wzięła się inna anegdota świadcząca o powszechności pędzenia „łąckiej”, a mówiąca jak to przyjezdny (ceper) pyta napotkanego na drodze górala „gdzie można kupić prawdziwą śliwowicę”, ten zaś – wskazując na kościół – odpowiada… „tam nie”.

Fałszerze mają tupet

Popularność śliwowicy wykorzystują przestępcy nie tylko przy przemycie narkotyków. Od wielu lat problemem jest sprzedaż skażonego bądź nielegalnego alkoholu w butelkach z napisem „śliwowica”. Oto kilka zdarzeń odnotowanych przez kroniki kryminalne…

– Funkcjonariusze placówki Karpackiego Oddziału Straży Granicznej na terenie trzech posesji ujawnili 2380 litrów nielegalnego alkoholu . Alkohol był barwiony esencjami i sprzedawany jako słynna Łącka Śliwowica. Alkohol techniczny był barwiony esencjami. Jako słynna Łącka Śliwowica był pokątnie sprzedawany niezorientowanym osobom, które wierzą w to, że kupują oryginalny produkt regionalny, a jest to zwykły roztwór spirytusu technicznego. Sprawcy rozprowadzali ten alkohol wśród swoich znajomych. Ci sprzedawali te butelki dalszym znajomym, często w odległych regionach Polski, często też ten alkohol techniczny trafiał na stoły weselników.

Kilkanaście litrów nielegalnego alkoholu miała przy sobie dwójka handlarzy, których zakopiańska policja zatrzymała na deptaku prowadzącym przez szczyt Gubałówki. Zatrzymani oferowali turystom alkohol bez akcyzy jako tradycyjną śliwowicę łącką. Mieli przy sobie dokładnie 21 butelek alkoholu. Oboje przyznali się do winy i poprosili prokuraturę o zgodę na dobrowolne poddanie się karze.

– Dlatego apelujemy do turystów, by nie kupowali tego alkoholu – mówią zakopiańscy policjanci. Pochodzi on z nielegalnego źródła i nie ma gwarancji, że jest zdatny do spożycia. Ze śliwowicą niewiele ma wspólnego. W obawie o własne zdrowie lepiej więc go nie kosztować.

Gang fałszował śliwowicę

Gang zajmujący się przemytem narkotyków z Małopolski do Irlandii – w beczkach po chemikaliach produkował z ukraińskiego spirytusu „śliwowicę”. Gorzelnię umieszczono w wynajętym domu jednorodzinnym pod Nowym Sączem. Butelki były ozdobione etykietami, do złudzenia przypominającymi te z oryginalnej śliwowicy pędzonej przez gospodarzy z Łącka.

Każda butelka była oznakowana podrobioną banderolą z akcyzą „na wyrób łącki”. W piwnicy stały już kartony z gotowymi produktami, które miały trafić do odbiorców. Podrabiana wódka trafiała prawdopodobnie na wesela czy rodzinne imprezy.

– Myślę, że strach było to wziąć do ust, w takich warunkach było to robione. Nie było mowy o żadnej prawdziwej destylacji – opowiada jeden ze śledczych, którzy wytropili lewą gorzelnię.

Fałszywą śliwowicę wyrabiano na bazie spirytusu przemycanego z Ukrainy. Cała produkcja odbywała się w beczkach po chemikaliach bądź olejach napędowych. W niektórych leżało trochę śliwek, które prawdopodobnie miały dodać wódce aromatu. W worach dziesiątki brudnych butelek, prawdopodobnie zbieranych na śmietniskach.
Tego jeszcze nie było

Legendarny trunek

Towar jest chodliwy, więc i zarobek łatwy. Podrabianie przez przestępców słynnej wódki szkodzi tradycyjnej łąckiej. Ludzie stracą zaufanie. Kto to słyszał, żeby w butelkach z tą etykietą znajdował się półprodukt do produkcji narkotyków. Takiego przypadku jeszcze polskie kroniki kryminalne nie odnotowały.

źródło: Detektyw online

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.