Z burką i bakszyszem

Dziennikarze to niepokorny naród. Nie zawsze zachowują się racjonalnie. Za to zazwyczaj chcą dotrzeć, zobaczyć i usłyszeć więcej niż przeciętny człowiek. Dlatego poprowadzenie przez tydzień 100-osobowej grupy żurnalistów przez pustynne obszary obu krajów, pokazanie miejsc, w których co drugi miejscowy, to żołnierz, policjant lub tajniak było ogromnym wyzwaniem. Tysiące uczestników różnorakich wycieczek ciągną zwartym stadem za przewodnikiem. Dziennikarzy nie zawsze interesują najznakomitsze choćby budowle. Najważniejsze historycznie obiekty. Odrywają się od stada. Zaczepiają miejscowych. Pakują obiektywy za bramy i drzwi, za którymi jest to, co przed zwiedzającymi szczelnie ukryte. Chcą poznawać miejscowe życie, obyczaje, problemy. Często identyczne, jak nasze. Innym razem egzotyczne jakby dzieliło nas nie 3 tys. km, ale cały kosmos.

Niejeden tomaszowianin odwiedził już Ziemię Świętą. Dla innych będzie to być może podróż życia. Na spotkaniach z przedstawicielami resortów turystyki Izraela, Palestyny i Jordanii rozmawialiśmy o tym, jak przybliżyć polskiemu turyście te obszary. Podzielę się zatem z czytelnikami TIT obserwacjami, których będąc uczestnikiem zorganizowanej wycieczki turystycznej ciężko doświadczyć.

Egzotyka
Ci, którzy mają trzydzieści i więcej lat odwiedzając Jordanię mają szansę docenić, jak daleką podróż przebyliśmy jako kraj. Brudne toalety, w których papier toaletowy i mydło to rzadkość. Wałęsające się po ulicach i drogach bezpańskie, wychudzone zwierzęta (nie tylko psy). Tony śmieci na miejskich ulicach i przy wiejskich drogach. W trzygwiazdkowym hotelu z basenem poplamione obrusy drażnią wyłącznie turystów. Personel nie zauważa takiego drobiazgu. Podobnie jak szklanek, które wielu z nas odstawia na bok, by napić się wody mineralnej wprost z butelki. Tak jest stanowczo bezpieczniej i higieniczniej.

W Jordanii mieszka ok. 4-5 mln ludzi, w tym, w stolicy – Ammanie 2-2,5 mln. Dokładniejsze ustalenia nie wchodzą w grę, bo liczni beduini, to naród koczowniczy, uważany dotychczas za bezpaństwowców. Przemieszczają się po bezkresnych terenach Afryki, nie zwracając uwagi na kraje i ich granice. Gdy zza szyb autokaru obserwuje się ich prowizoryczne szałasy usytuowane na zboczach rozpalonych słońcem pustynnych gór, trudno pojąć, jak udaje się im przeżyć w tych prymitywnych warunkach, przy ograniczonym dostępie do jakiejkolwiek wody. Podobnie trudno uwierzyć, że stada kóz i wytrwałych wielbłądów znajdują jakiekolwiek pożywienie na wysuszonej, popękanej ziemi usłanej kamieniami, wyschniętymi badylami i wszechobecnymi śmieciami.

Przewodniki turystyczne podają, że Jordania, to najbardziej przyjazny turystom kraj arabski. Pewnie tak. Jordańczycy, zwłaszcza w miejscach odwiedzanych licznie przez zagranicznych gości, są uśmiechnięci, przyjaźni, zagadują, zapraszają. Oczywiście wszystkie te gesty i zachowania dotyczą wyłącznie mężczyzn. Kobiety są ciche, bierne. Ukryte za męskimi plecami i oczywiście za nikabem (burką)*. Dla europejskich feministek, niekoniecznie radykalnych, ale takich, którym zależy jedynie, by w instytucjach i miejscach pracy nie spotykać się z przejawami dyskryminacji płciowej i seksizmem, tradycyjna Jordania wyda się krajem nie do zniesienia. Według islamu, niektóre części ciała ludzkiego nie mogą być widoczne dla nikogo poza daną osobą i jej współmałżonkiem. U kobiet nakaz ten obejmuje całe ciało z wyjątkiem twarzy i dłoni. U mężczyzn – obszar od pępka do kolan. W Jordanii nikab nie jest wymuszony przepisami prawa, ale i tak większość kobiet na ulicach zakrywa nim co najmniej włosy i szyję. Czyni to również we własnym domu, jeśli pojawi się w nim gość, czyli mężczyzna. Po dwudniowym pobycie w Jordanii odnoszę wrażenie, że za nikabem kryje się cała filozofia tamtejszego życia. Krótka obserwacja pokazuje, że jordańska kobieta ma tyle praw, ile ofiaruje jej mężczyzna. Głównym prawem jakie posiada, jest prawo do rodzenia dzieci. Zamążpójścia dokonuje się w 16-18 roku życia. Małżeństwo, to zazwyczaj kontrakt ustalony wcześniej przez rodziny nowożeńców. Hidżab, czyli islamska tradycja nakazująca m.in. skromny ubiór, życie w czystości i przestrzeganie innych cnót sprawia, że – przynajmniej teoretycznie – młody mężczyzna styka się z kobietą, jej cielesnością po raz pierwszy, gdy pojmie ją za żonę. Ta poznaje w życiu jedynie przypisanego jej mężczyznę, a jej wyobrażenie o pożyciu kształtowane jest na podstawie wyłącznie tych kontaktów. Nie jesteśmy zapewne w stanie wyobrazić sobie jakie dramaty, jaki bezmiar cierpień rodziła i do dziś rodzi ta filozofia, a raczej religia.

W dniu, w którym przebywamy w Ammanie cały wieczór mamy wolny. Większość wypuszcza się po zmroku na miasto. Przyjmujemy z pokorą zalecenie przewodnika, by nie chodzić w pojedynkę. Wzdłuż ulicy, przy której stoi „nasz” hotel na przestrzeni ok. 1 km odbywają się trzy wesela. Kilkoro z nas ma okazję wprosić się na jedno z weselnych przyjęć. Mężczyźni i kobiety bawią się na nim osobno. Zabawa odbywa się przy dźwiękach mocno egzotycznej muzyki. Po 10 minutach mam wrażenie, że pod wpływem tych dźwięków zapadnę na rozstrój nerwowy. Mężczyźni siedzą w niewielkich grupach, rozmawiają. Jedzą egzotyczne potrawy i popalają z lubością spiszę – fajkę wodną. Wśród spożywanych napojów wymienić można dwa: kawę i wodę. Alkohol dla muzułmanina jest przecież zakazany.

Sala kobiet wypełniona jest też dziećmi. Jest ich ogromna ilość (rodziny są tu wielodzietne, nierzadko liczą po kilkanaście osób). Nikt nie panuje nad ich zachowaniem, nie uczy żadnych manier. Część kobiet pląsa na parkiecie w rytm wspomnianej już muzyki. Pod jedną ze ścian ustawione są na podwyższeniu dwa krzesła, a raczej wymyślnie zdobione fotele. Zasiada na nich para młodych. Pan młody w odświętnym, acz europejskim stroju. Panna młoda całkowicie ukryta w białej pelerynie sięgającej do ziemi z kapturem zakrywającym włosy i twarz. Po przyjęciu (błogosławieństwa?) od rodziców panna młoda zrzuca pelerynę i pozostaje w białej sukni. Pan młody opuszcza ją, by resztę wieczoru spędzić w męskim towarzystwie. Za zgodą jego oraz innych mężczyzn możemy (tylko kobiety) zajrzeć na chwilę na damską salę. Nie wszystkim muzułmankom, szczególnie starszym, podoba się wizyta białych kobiet w rozdekoltowanych bluzkach z odsłoniętymi ramionami. Nie one jednak decydują w tej sprawie. Protestują dopiero, gdy próbujemy robić im zdjęcia. Ktoś częstuje nas deserem. Płaski słodki placek polany jeszcze słodszym syropem z okruszkami orzechów. Po dwóch kęsach spoglądam na koleżankę, której podobnie jak mnie jordański smakołyk „rośnie” w ustach.

Przed północą jest już po weselu

Kolejnego wieczoru staję się jeszcze śmielsza i wraz z kolegą postanawiamy udać się do meczetu. Meczety w Jordanii, podobnie jak kościoły w Polsce, są w każdej niemal wsi. Na wieżyczkach widocznych z daleka wiszą megafony, z których nawoływanie do modłów rozchodzi się we wszystkie strony. Jest ok. 22.00, gdy mężczyźni schodzą się na kolejną w ciągu dnia modlitwę. Muzułmanie modlą się pięć razy w ciągu dnia. Pytamy o zgodę na uczestnictwo w modlitwie. Kilku mężczyzn zaprasza nas do środka. Zdejmujemy buty i wchodzimy do sporego, jasno oświetlonego pomieszczenia. Udaje mi się pozostać w nim ok. 30 sekund, póki wzrok mułły (a może zaledwie chadema) nie spocznie na mnie, a jego wskazujący palec wykona kategoryczny gest mówiący, że mam opuścić meczet. Krótki w nim pobyt pozwala jednak poczynić pewne obserwacje. Pierwsze co rzuca się w oczy to dywan pokrywający całą podłogę. Nie ma na nim żadnych liturgicznych wzorów. Raczej nowoczesna mozaika. Całe pomieszczenie jest niezwykle skromnie urządzone. W zasadzie oprócz drewnianego regału i jakiejś półki nie ma w nim nic więcej. Na regale leżą książki. Zapewne modlitewne. Na półce stoi dzbanek i szklanki. Pomieszczenie wymalowane jest na biało. Żadnych malowideł, żadnych ornamentów. Podczas całego pobytu w Jordanii i Izraelu jestem jedyną kobietą z naszej grupy, której udaje się przekroczyć próg meczetu.

Pobyt w Jordanii to, z mojego punktu widzenia, ponure doświadczenie. Miarą kultury społecznej jest m.in. stosunek do zwierząt. Nie chcę opowiadać o tym, co dane mi było zaobserwować. Zarówno organizacje kobiece, jak i towarzystwa przyjaźni zwierząt miałyby tu mnóstwo roboty.

Jednak wizyta w Jordanii dostarcza nam w pewnym względzie wielkiej satysfakcji. W dniu, w którym zwiedzamy Petrę wszystkie telewizje na świecie ogłaszają, że UNESCO zaliczyło Petrę do siedmiu nowożytnych cudów świata. Zatem nasz pobyt ma wymiar historyczny. Mieszkańcy Petry, po usłyszeniu radosnej nowiny, wylegają na ulice. W różnych częściach miasta rozbłyskują sztuczne ognie. Przed restauracjami trwają tańce. Oczywiście tańczą wyłącznie mężczyźni. Kobiety nie podnoszą się od stolików. Wyjątek stanowią turystki. Kilka koleżanek z naszej grupy rezygnuje jednak szybko z pląsów. Spojrzenia, którymi raczą ich muzułmanie sprawia, że tracą chęć do zabawy i czują ulgę, że nie przyszło im pozostawać sam na sam z tymi śniadymi panami.

Obecnie każdego dnia Petrę odwiedza ok. 2 tys. turystów. Decyzja UNESCO w krótkim czasie zaowocuje najazdem do Petry ogromnej ich rzeszy ze wszystkich stron świata. Trzeba będzie wielkich nakładów finansowych, by uchronić to miejsce przed rozdeptaniem i stworzyć odpowiednią infrastrukturę na ich przyjęcie i obsłużenie. Mieszkańcy tej niewielkiej miejscowości zapewne nie są jeszcze w stanie wyobrazić sobie, jak dalece zmieni się w najbliższych latach ich życie. Czy mają szansę na lepszy byt, czy zyski przejmą międzynarodowe koncerny, które szybko i sprawnie zainwestują tu pieniądze, by czerpać korzyści? Zeuropeizują i zamerykanizują kolejny egzotyczny zakątek, podobnie jak uczynili to w znanych doskonale Polakom egipskich kurortach: Hurghadzie, Sharm el Sheikh.

Religia
Przebywanie na terenach będących kolebką trzech największych religii monoteistycznych: chrześcijaństwa, judaizmu i islamu prowokuje do refleksji. Snucia rozważań na temat tego, czym w rzeczywistości jest religia i dlaczego miejsce, w którym się ona zrodziła zamiast bratać i łączyć ludzi stało się najbardziej zapalnym punktem na świecie. Nie podejmuję się udzielania odpowiedzi na to pytanie. Nie chcę obrażać niczyich uczuć, w tym religijnych. Odwiedzając miejsca, które dla wielu znane są z lektury Pisma Świętego starałam się patrzeć na nie oczyma turysty, niekoniecznie wychowanego w kraju katolickim. Jerozolimę odwiedzają przecież przybysze z całego świata, wyznawcy wielu religii, jak również agnostycy i ateiści.

Szokiem było jednak przebycie drogi krzyżowej, tej samej, którą podążał Jezus i u kresu której został ukrzyżowany. Myślę, że wielu katolików, którzy trafią w to miejsce będzie równie, a może jeszcze mocniej zszokowanych. Przewodnik podkreśla, że droga krzyżowa dziś wygląda dokładnie tak samo, jak 2000 lat temu. Nie jest to do końca zgodne z prawdą, gdyż ostatni jej odcinek odbywał się poza murami Jerozolimy. Dziś cała jej trasa to już teren miasta, a konkretnie suku. Idąc drogą męki Jezusa, nawet z przewodnikiem w ręku, ciężko nam odnaleźć kolejne stacje. Płaskorzeźby, nisze, kapliczki ukryte między straganami i tandetą na nich ułożoną. Arabski suk to miejsce obrzydliwe, brudne i duszne. Wokół pełno ludzi handlujących, targujących się, pokrzykujących. Pielgrzymowi ciężko będzie tu o skupienie i modlitwę, zwłaszcza, gdy stając przed kolejnymi stacjami usłyszy arabskie nawoływanie do islamskiej modlitwy płynące z wieży meczetu. Czy w środku arabskiego mikroświata nie sposób uszanować kultu innej religii? Ten świat wolno, ale systematycznie i tak ulega atomizacji. Wystarczy od czasu do czasu podnieść głowę, by ujrzeć izraelskie flagi wywieszone z okien arabskich kiedyś domów. Wszystko jest na sprzedaż. A ziemia i budynki szczególnie.

Bezpieczeństwo
Po intifadzie, która trwała w latach 2000-2004 Ziemia Święta opustoszała. Mowa oczywiście o turystach. Dodatkową traumą ograniczającą turystykę w te rejony świata był 11 września 2001 r. Zamachy bombowe w centrach izraelskich miast. Detonowanie samochodów pułapek. Wybuchy bomb w autobusach. O tym wszystkim czytaliśmy w gazetach. Przekazy telewizyjne nie szczędziły obrazów krwawych jatek i ludzkich tragedii.

Dziś turystyka z wolna odbudowuje się. Pielgrzym, gość mają czuć się bezpiecznie, bo turystyka, to potężne źródło dochodu dla wszystkich trzech narodów.

Po Jordanii przemieszczamy się trzema autobusami. W każdym z nich jest oprócz kierowcy pilot i policjant. Policja turystyczna to oddzielna jordańska formacja. Na ulicach Ammanu, mniej więcej co 50-100 m, widać policjanta, wojskowego, samochody policyjne, a nawet opancerzone wojskowe auta. Wrażenia są nieprzyjemne, ale wszyscy podkreślają, że to dla naszego bezpieczeństwa.

W Izraelu i Palestynie sytuacja wygląda nieco inaczej. W Betlejem przed Świątynią Narodzenia Pańskiego nie ma wojska ani policji. Za to kręci się tu mnóstwo tajniaków. Na placu przed świątynią rozkłada się kilkudziesięcioosobowa grupa koreańskich dzieciaków. Tańczą, śpiewają, wykonują pokazy sztuk walki. Łatwo wyobrazić sobie, co by się działo, gdyby w tym miejscu pojawił się terrorysta samobójca.

Do dwóch najważniejszych miejsc kultu w Jerozolimie: pod Ścianę Płaczu i meczet Kopuła na Skale wejść można tylko przez bramki wykrywające metale. Torby i inne bagaże trzeba prześwietlać jak na lotnisku. Choć oba miejsca oddalone są od siebie o kilkadziesiąt metrów nie warto nawet dodawać, że wejścia są poprowadzone oddzielnie.

Największe wrażenie robi jednak granica jordańsko-izraelska. Dla nas, którzy zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że granice w Unii Europejskiej przekracza się z nonszalancją, machając lub nawet nie dowodem osobistym, trzygodzinna przeprawa z jednego kraju do drugiego robi wrażenie. Kilkukrotne sprawdzanie paszportów. Autokarowa przeprawa przez jeden z najbardziej strzeżonych pasów ziemi. Zasieki, druty kolczaste, uzbrojeni żołnierze w wieżyczkach kontrolnych, wyłaniające się za pustynnych skał kopuły skrywające, jak łatwo się domyślić, bunkry i opancerzone pojazdy. – Po co jedzie pani do Izraela? Czy w pani bagażu znajdują się przedmioty nie należące do pani? Czy w pani bagażu znajdują się przedmioty, które kształtem mogą przypominać broń? Pilot twierdzi, że izraelska straż graniczna traktuje nas wyjątkowo łagodnie i przyjaźnie.

Pieniądze
Warto wiedzieć, że Izrael, a zwłaszcza raczkująca w turystyce Jordania nie są tanimi krajami. Owszem, bilet na samolot można trafić za 100 i nieco więcej dolarów, ale już w samej Jordanii białych turystów traktuje się jak krezusów, których należy oskubać z każdego dolara. Opłaty wjazdowe do obu krajów to wręcz ruletka. Zmieniają się z dnia na dzień i nikt nie potrafi określić od czego i kogo zależy ich wysokość. Kierowcy wożący nas po obu krajach, choć opłacani przez biura turystyczne, na koniec wcale nie dyskretnie domagają się bakszyszu. Bez uzgodnienia i żenady zatrzymują się pod sklepikami swoich znajomków i nie ma mowy o dalszej podróży nim nie zapoznamy się z przygotowanym dla turystów asortymentem. Ten jest zazwyczaj trzy-, a nawet sześciokrotnie droższy niż w miejscach oddalonych od turystycznych tras. Ceny czegokolwiek zaczynają się od „one dolar”, a centy w rozliczeniach ogóle nie istnieją.

Podsumowanie
Lot z Ammanu do Warszawy trwa nieco ponad 3 godziny. Na płycie lotniska odczuwam ulgę. Nie tylko z powodu temperatury, która ok. 6 nad ranem nie przekracza 20C. Nie tylko dlatego, że uśmiechający się do nas na powitanie kapitan załogi przypominał z urody Osamę bin Ladena. Warto przebyć tysiące nawet kilometrów, by docenić w jak pięknym i przyjaznym kraju przyszło żyć.

Agnieszka Łuczak

* Znaczenie słów objaśniamy poniżej
Nikab – noszona przez muzułmanki jako część hidżabu zasłona na twarz. Istnieją dwie formy nikabu: połowiczny – chusta owijana dookoła głowy, pozostawiająca odkryte czoło i oczy i całkowity – zasłona całkowicie zakrywająca twarz z otworkami na oczy.
Szisza – arabska fajka wodna służąca do palenia melasy.
Mułła – nauczyciel, interpretator praw religijnych i doktryn islamu.
Chadem – świątobliwy dozorca w meczecie, niekoniecznie musi być zawodowym mułłą.
Petra – miasto w skale, dzieło Nabatejczyków, którzy w III w. p.n.e. wykuli w różowawej skale pałace, świątynie, grobowce, magazyny i stajnie. Do Petry wiedzie bardzo wąski i kręty wąwóz o długości 1,2 km i miejscami 200-metrowych ścianach. Na końcu wyłania się najbardziej efektowna ze wszystkich budowli – skarbiec.
Suk – arabskie targowisko. W przełożeniu na polskie warunki, warszawski stadion, tyle że bardziej ekstremalny.
Intifada – powstania palestyńskie przeciw izraelskiej okupacji terytoriów zamieszkanych przez ludność arabską. Słowo intifada oznacza w języku arabskim nagłe otrząśnięcie się ze snu, a także drżenie lub dreszcze z powodu choroby czy strachu.
Powstania te były wymierzone nie tylko przeciwko okupacji izraelskiej na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale obejmowały także konflikty wewnątrz ruchu palestyńskiego między fundamentalistycznymi ugrupowaniami muzułmańskimi (Hamas) a zwolennikami ruchu narodowego kierowanego przez Jasira Arafata.
Dotychczas miały miejsce dwa takie powstania: pierwsza intifada – w latach 1987-1991, druga intifada – w latach 2000-2004.
Bakszysz – rodzaj napiwku, a raczej coś w rodzaju zawoalowanej jałmużny, obyczaj związany z religią islamu nakazujący wiernym dzielenie się częścią swoich dochodów z biednymi.
Obecnie bakszysz przybrał rozmiary przemysłu żerowania na zagranicznych turystach, którzy proceder ten, zamiast napiwku często określają jako zwykłą łapówkę, którą trzeba ofiarować za rzeczy, których bezpłatna dostępność wydaje się dla turystów oczywista.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.