MITAM, amerykańska muza i wiecznie żywy Presley

Na pomysł wpadli Andrzej Mitan i Krzysztof Wodniczak. Poznań ma długie tradycje targowe i nic nie stoi na przeszkodzie, by w przyszłości stał się „Cannes Wschodniej Europy”. Tegoroczna, pierwsza edycja polegała głownie na pokazaniu przez wykonawców tego, co mogą zaoferować widzom i słuchaczom. Była tez pozytywnie zdanym testem organizacyjnym. Udowodniła, że do Poznania warto przyjechać i zaistnieć wśród ludzi, a nie tylko w Internecie, oraz konieczność poszerzenia jej o ofertę firm wydawniczych, fonograficznych, agencji koncertowych czy wytwórni instrumentów muzycznych. Potrzebnym wydaje się również przegląd oferty firm przygotowujących estrady, namioty oraz oprawę imprez plenerowych, szczególnie firmowych i samorządowych świąt regionalnych. Tyle uwag obserwatora, przejdźmy jednak do sedna.

„Muzyka Presleya – uważa Krzysztof Wodniczak, realizator projektu „Dzień z Elvisem oraz Muzyka to Ameryka”  przygotowanego pod patronatem Urzędu Miasta Poznania – to personifikacja rytmu. To on połączył uprawiany przez białych osadników styl country z bluesem robotników rodem z Afryki. Lata sześćdziesiąte to supremacja Króla Rocka aż do zabłyśnięcia na estradach grupy The Beatles. Zaprosiłem na piękny dziedziniec Kolegium Jezuickiego całe miasta na radosny mityng.  Gwałtowna ulewa spłatała psikusa i musiałem wykorzystać wariant awaryjny”. Rolę gościnnego parasola wziął na siebie klub Johnny Rocker. Tam odbyły się, rzecz jasna z wymuszonymi zmianami, główne koncerty. Słynne covery zagrała grupa „Za dziesięć dziesiąta”. Z iście amerykańskim zacięciem zagrał IZOTOP. Z entuzjazmem przyjęto Erica Bella, założyciela – wraz z Philem Lynottem – legendarnej grupy „Thin Lizzy”. Sześćdziesięcioletni muzyk tryskał werwą i rzekł, iż „…byliśmy inni niż dzisiejsza młodzież, bo czasy były inne: pełne wolności, muzyki, bardziej optymistyczne. Dziś ludzie są bardziej cyniczni, nastawieni na karierę i zarabianie pieniędzy. Wtedy po prostu żyliśmy chwilą i było nam z tym dobrze”. Na prywatkę w stylu Elvisa zaprosił Ireneusz Dudek, zdobywca wielu złotych płyt, mistrz muzycznego pastiszu i animator katowickiego festiwalu „Rawa Blues”. Presleyowski wieczór zakończył przegląd wiecznie żywych standardów bluesa, soulu i boogie (starsi wiekiem od razu przypomnieli, iż przy tej samej ulicy, w wielce zasłużonej „Starej Odnowie” koncertował przed laty poznański „król boogie”, Wojtek Skowroński) w wykonaniu „Boogie Radio Berlin Orchestra”. Udowodnili, iż wcale nie trzeba lecieć do Chicago, by posłuchać muzyki granej z werwą, polotem, równo i dzielić się radością z innymi.
Ukoronowaniem imprezy był koncert wiecznie młodego Jerzego Grunwalda. Pochodzące z jego najnowszej płyty „So Much To Say” przeniosły słuchaczy w klimaty Kalifornii.  Nogi same podrywały się do tańca i padały łzy wzruszenia. Artysta zaczynał w zespole „No To Co”, później zainteresował się skifflem, rozwijał muzycznie w Szwecji a muzyczne „tak wiele do powiedzenia” nagrał w Stanach Zjednoczonych. Płytę zmiksowano po mistrzowsku, utwory świetnie zaaranżowano i nadano całości elegancką szatę edytorską. „Mystery Girl” czy zaśpiewana wespół z Alexem Ligerwoodem „Touch the Sun” spodobają się wielu, bez względu na wiek.
Podczas muzycznej „trzydniówki”  warto było skorzystać z bogatej oferty imprez towarzyszących.  W centralnie na Starym Rynku położonym Domu Wikingów pulsowała rytmem Noc z Presleyem.  Królował subtelny z muzycznym frazowaniu i dynamiczny w pełnych życia „kawałkach” Króla Rocka wciąż zaskakujący Paweł Bączkowski. Sekundowali mu Terri Fajfer, Sławomir Bzdok, Paweł Burlaga, Łukasz Chylewski i Wojciech Plenzner.

Kościołem Wszystkich Świętych zawładnął „Niemenowy Ślad”. Elektroniczna muzyka Krzysztofa Jarmużka i głos Jarosława Królikowskiego stworzyły niesamowitą platformę dialogu „Herbert – Niemen”. Warto przypomnieć, iż twórca „Pana Cogito” pozostawił w swojej spuściźnie ciekawe ślady literackich dywagacji na temat urodzonego w Starych Wasiliszkach guru polskiej młodzieży lat sześćdziesiątych. Wielopiętrowość tych dokonań zabrzmiała szczególnie bogato przenośniami w jasnej, pełnej balkonów świątyni pamiętnej koncertami chóru prof. Stefana Stuligrosza.  Podobny, ale jakże inny, śpiewnie wschodni, zabrzmiał pod kasetonowymi portretami i karykaturami „Kresowej”.
Do świata tak nierozerwalnie związanego z Ameryką jazzu zaprosił Klub SARP, w którym koncertował S.O.T.B. Quartet.

W klimatycznym PoemaCafe, wśród nastrojowych fotografii z Islandii, odbył się spektakl Eksperymentalnego Teatru Operowego Elżbiety Arsso-Cwalińskiej  i jakże aktualny recital gruzińskiego pieśniarza Zuraba Pirweli, który urzekł nie tylko muzyką wschodu ale i porwał standardami światowymi.
Rock jest jeden – jak stwierdził Krzysztof Wodniczak, realizator tego muzycznego projektu. Jest jeden, ale wielce złożony. Widzimy, ba! doznajemy nawet olśnienia dzięki światłu, które dostrzegamy jako białe. W rzeczywistości – jak doskonale pamiętamy z lekcji fizyki – składa się z całej gamy różnobarwnych promieni. Tak jest i z rockiem – wielość tworzy wspólny, rwący nurt. Któż z nas nie lubi tęczy?

Krzysztof Styszyński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.