Dzień dobry, wita was Krzysztof Kosiński

Jak długo jest Pan dziennikarzem radiowym?

25 lat. Właśnie uświadomiła mi Pani, że chyba powinienem urządzić sobie jakiś jubileusz. Gdyby nie to pytanie, wcale bym nie skojarzył tych dat. Przy czym ja dość późno „wystartowałem” w zawodzie, ale uważam, że to mi tylko pomogło. Dziennikarz powinien chociaż „liznąć” kawałek innego życia, tego „z drugiej strony barykady”.
Miałem szczęście zaczynać pracę w tym zawodzie w czasach, gdy historia była „na zakręcie”. Przyszedłem do radia (po wygraniu konkursu na reportera radiowego, jako człowiek „z ulicy”) w 1986 r. czyli formalnie jeszcze za czasów „komuny”. Ale to już był jej schyłek. Oni czuli już swój koniec i pozwalali na wszystko. Potem przyszła pierwsza ekipa z dawnej opozycji, razem tworzyliśmy coś zupełnie nowego. To niezapomniane przeżycie uczestniczyć w tworzeniu historii… Potem w mediach publicznych było tylko coraz gorzej. Dlatego dzisiaj jestem tutaj, w Radiu Plus Śląsk.

 "Bycie" dziennikarzem radiowym… Można się realizować? Jeśli tak, to w jaki sposób?

W każdym zawodzie można się realizować. Skromnie powiedziałbym tak: trzeba tylko kochać to, co się robi. A nieskromnie odpowiem: trzeba „jedynie” być dobrym w tym, co się robi. I uczyć się całe życie, bo ten zawód to wyzwanie, codziennie staje się oko w oko z czymś, na czym człowiek do tej pory się nie znał albo czego nigdy nie próbował.
Dla mnie chwilą takiej właśnie satysfakcji zawodowej i świadomości „samorealizacji” jest np. rozmowa, wywiad z kimś, kto przychodzi z nastawieniem, że to będzie kolejny wywiad w jego karierze, kilka pytań, szablonowe odpowiedzi i do widzenia. Moją ambicją jest to, żeby najpóźniej przy trzecim pytaniu spojrzał na mnie zaskoczony. Żeby „nabrał szacunku” i świadomości, że jesteśmy równoprawnymi partnerami w rozmowie.

Czy jest się rozpoznawalnym przez swój głos?

Zanim odpowiem na to pytanie, wyjaśnijmy sobie coś najpierw. Ja nie mam tzw. RADIOWEGO GŁOSU. Mój głos nie jest niski, nie ma jakiejś niesamowicie interesującej barwy itp. Cóż, Pan Bóg mi tego nie dał i tylko do Niego mógłbym mieć o to pretensje. Gdybym np. umieścił swój głos w jakiejś bazie danych (a jest takich już kilka w internecie), zapewniam Panią, że pies z kulawą nogą nie zatrudniłby mnie do żadnej reklamy czy roli lektora w filmie. Tu przegrywam, za to mogę sobie to odbić maleńką złośliwością, którą może narażę się kilku kolegom „z branży”. Żebyśmy ja i mój głos stali się rozpoznawali, muszę się bardziej starać o to „CO” mówię, a nie tylko „JAK”.
A tak poważnie mówiąc, to należy się pewne wyjaśnienie niezorientowanym, że we współczesnym radiu są dwie trochę różne grupy ludzi występujących na antenie. Są prezenterzy, to właśnie oni powinni dysponować świetnymi głosami, bo oni mają bawić i umilać czas słuchaczom. Tu bez owego „radiowego głosu” niewiele się osiągnie. Słuchacz musi z przyjemnością tego głosu słuchać, a jeśli do tego jeszcze czuje, że jego posiadacz jest sympatyczny, miły, a na dodatek niegłupi – to brama do sukcesu jest otwarta.
I są dziennikarze sensu stricto. Bywają fantastyczni reporterzy, którzy prawie się nie odzywają na antenie, ważne jest to, do czego potrafią dotrzeć i co zarejestrować. Ja na antenie się odzywam i to dużo, bo jestem tzw. publicystą. I jeśli udało mi się osiągnąć np. to, że słuchacz (albo słuchaczka ) dzwoni i mówi: „bo Pan ma taki miły głos…”, to zapewniam, że jest to pewna sugestia. Widocznie zasłużyłem sobie na jakiś tam szacunek, że słuchacze mnie lubią, bo jakoś identyfikują się z tym, CO mówię, że w końcu sami zaczynają wierzyć w to, że mam „radiowy, miły głos”…
A co samej rozpoznawalności, takiej stricte, to zdarza się, choć rzadko. Cóż mam powiedzieć? Że to miłe? Każdy w końcu jest choćby w minimalnym stopniu próżny. Ale proszę mi wierzyć, że o wiele większą satysfakcję sprawia nie rozpoznawanie mnie po głosie, ale… po nazwisku. Np. gdy ostatnio wjeżdżałem do elektrociepłowni w Zabrzu, przy bramie ochroniarz zaczął mi wystawiać jakąś tam przepustkę, wiec musiałem podać moje nazwisko i nazwę radia i wtedy zobaczyłem szeroki uśmiech, usłyszałem: „A to pan?!” I zaczęła się krótka dyskusja o jakichś ostatnich programach. To tak, to jest wielka satysfakcja.

 Proszono Pana o autograf dlatego,  że został Pan rozpoznany… przez głos?

NIE.
Jeden raz w życiu poproszono mnie o autograf. Prowadziłem jakąś imprezę plenerową, taki festyn z radiem gdzieś tam. Gwiazdą wieczoru był niesłychanie wtedy popularny zespół Krywań. W jakiejś przerwie podeszła do mnie dziewczynką z prośbą o autograf. Wziąłem kartkę i długopis i wtedy coś mi zaświtało. Zapytałem, czy wie, że ja nie jestem z zespołu Krywań. Żeby Pani widziała to rozczarowanie na jej buzi! Było mi jej tak żal, że zastanawiałem się, czy nie lepiej było podpisać się nieczytelnie i pozwolić jej chwalić się potem koleżankom autografem gwiazdy?

 Można być popularnym i mieć swoich  sympatyków, tak jak to jest w przypadku dziennikarzy telewizyjnych?
Hmm… powinienem odpowiedzieć, że nie wiem, jak to jest w przypadku dziennikarzy telewizyjnych…  Ale owszem, można mieć sympatyków i być popularnym, oczywiście na skalę medium, w którym się występuje. Ja zdobyłem popularność, jak na radio dosyć dużą, prowadząc przez trzy lata nocne programy oparte wyłącznie na telefonicznych rozmowach ze słuchaczami. Muszę nieskromnie powiedzieć, że to naprawdę trzeba umieć. Sztuka rozmowy nie jest prosta. To naprawdę ciągłe balansowanie między szacunkiem dla każdego, kto chce zabrać głos, a niedopuszczeniem do tego, żeby każda bzdura była traktowana tak samo. Trzeba umieć polemizować, a nawet nieraz ośmieszyć czyjeś poglądy bez obrażania kogokolwiek. I trzeba posiadać umiejętność rzadką u wielu dziennikarzy: umiejętność SŁUCHANIA. Bo rozmowa polega na słuchaniu tego, co mówi rozmówca. Niech mi Pani wierzy, to bardzo rzadkie u ludzi – umieć słuchać.

Często zadajecie pytania, po czym słuchacze odpowiadają. Dzieje się to wszystko na "żywo". Czy zdarzyły się Panu jakieś sytuacje, nazwijmy je niezręczne lub niepożądane?

Jasne, że się zdarzyły. Tyle, że znajomość rzemiosła polega na tym, żeby sobie w takich sytuacjach radzić. Zaraz Pani zapyta zapewne „jak”? Chce Pani, żebym zdradzał zawodową kuchnię? Ale przecież cały dowcip polega na tym, żeby reszta słuchaczy się nie zorientowała, że sytuacja była „niebezpieczna” . Są dwa najczęściej spotykane rodzaje takich sytuacji. W pierwszej dzwoni słuchacz agresywny, przekonany o swojej racji, mający na końcu języka słowa wulgarne, i pełen chęci do obrażania wszystkich mających inne zdanie. Sytuacja, jak to Pani nazwała, niezręczna, ale to jednak rozmowa. Takiej rozmowy nie przerywam, moim dziennikarskim zadaniem jest właśnie to, żeby ta rozmowa się odbyła pod warunkiem zachowania pewnych reguł (ot, choćby nieużywania słów na k… itp.). Zapewniam, że to się da zrobić, jeśli rozmową odpowiednio pokierować.
Druga sytuacja to taka, że oto jakiś nasz słuchacz dzwoni w „stanie wskazującym”. To się zdarzało czasami (na szczęście rzadko) w nocnych programach. Wtedy trzeba owego „gościa” wymiksować tak, żeby reszta słuchaczy się nie zorientowała. Wysłuchać kilku pierwszych słów, jak są problemy z wyartykułowaniem, to nawet grzecznie dokończyć za niego (w stylu: „rozumiem, ze chciał Pan powiedzieć, że…”), gdy tylko potwierdzi, że o to mu chodziło – zaczynam odpowiadać. Trzeba tylko mówić odpowiednio długo i bez sekundy przerwy. Mój mikrofon jest uprzywilejowany. Dopóki ja mówię, tamten jest niesłyszalny. Jeśli bym przerwał choć na moment, to on znowu się dorwie do głosu… W tym czasie delikatnie rozłącza się połączenie telefoniczne, ja uprzejmie słuchaczowi dziękuję i pozostaje miłe wrażenie, że po prostu dzwonił ktoś mało gadatliwy, oszczędny w słowach… Jeśli myślą Państwo, że to łatwe, to proszę kiedyś spróbować mówić na jakiś temat minutę bez żadnej przerwy, nawet na ułamek sekundy…

Jaka jest Pana recepta na dobre dziennikarstwo radiowe?

Odpowiedź w miarę wyczerpująca byłaby na miarę co najmniej cyklu wykładów, w końcu po coś uczymy się tego fachu latami. Może zatem tylko dwa bardzo wycinkowe aspekty, ale za to chyba jedne z najważniejszych. Praca dziennikarza radiowego polega głównie na prowadzeniu rozmów z gośćmi na antenie. To podstawa. A jak przeprowadzić dobrą rozmowę?
Gdy młody, zdolny, pełen ambicji dziennikarz otrzymuje pierwszą w życiu szansę przeprowadzenia wywiadu z kimś „ważnym”, najczęściej trzy noce nie śpi z wrażenia, tylko wymyśla pytania. Takie pytania, żeby były mądre i żeby nie te same, które zadawano już w dziesiątkach poprzednich wywiadów owego VIP-a. Jeśli dziennikarz jest zdolny, wymyśli takie pytania. I idzie na wywiad. Zadaje pierwsze pytanie, rozmówca zaczyna odpowiadać, a dziennikarz cały czas zerka na kartkę, żeby czasem nie zająknąć się przy następnym pytaniu. O, zapadła cisza, wiec odpowiedział już na pierwsze pytanie, zadajemy więc drugie itd. itd. Dziennikarz wraca do redakcji i przesłuchuje nagrany materiał. I przeżywa szok. Na pierwsze pytanie VIP odpowiedział jakimś kompletnym stekiem ogólników i frazesów, można go było „docisnąć”, poprosić o konkrety, ale skoro się go nie słuchało… Odpowiadając na drugie pytanie, rozmówca strzelił czymś zupełnie nowym, o czym nikt jeszcze nie wie, ale tylko jednym słowem to zasygnalizował. Należało dopytać, z tego uczynić główny temat rozmowy, ale… się nie słuchało.
Prawda, że recepta jest prosta? Wywiad to nie zadanie pięciu pytań i zarejestrowanie odpowiedzi. Wywiad to rozmowa. Bardzo proste, a piekielnie trudne, bo wymaga umiejętności słuchania ze zrozumieniem. A już sama umiejętność słuchania, jest w ludziach rzadką cechą…

 Największa wpadka Pana?

Była taka trochę z pogranicza samej mojej pracy dziennikarskiej. Kolega, jeden z najlepszych w kraju dziennikarzy sportowych zaproponował mi kiedyś „fuchę”, takie parę groszy do pensji. Dziennikarze sportowi czasami dorabiają tzw. spikerką na meczach. Coś mu tam nie pasowało w terminach i chciał odstąpić mi swoją. Mecz był towarzyski: reprezentacje radnych krakowskich i niemieckich z jakiegoś miasta zaprzyjaźnionego. Taka zabawa w gruncie rzeczy z dochodem na jakiś cel charytatywny chyba. Tłumaczyłem koledze, że na piłce nie znam się w ogóle, że nawet nie wiem i nie bardzo chcę wiedzieć, co to jest spalony, ale on mnie namówił. Dał mi listę zawodników: numery na koszulkach i nazwiska, a ja się skusiłem na tę kasę…
Koszmar. Nie zdawałem sobie sprawy, czym to pachnie. Coś się dzieje na boisku, widzę zawodnika z numerem 5, szukam na liście nazwiska, zanim je znajduję i zdążę skomentować – wydarza się już pięć kolejnych sytuacji. Pełna kompromitacja. Nie poszedłem po te pieniądze. Kolega mi je przyniósł, ale do dzisiaj wiem, ze powinienem je przeznaczyć wyłącznie na tzw. flaszkę, żeby się upić ze wstydu. I nigdy więcej, za żadne pieniądze nie dałbym się na coś takiego namówić…

 Największy sukces?

Jednego wskazać nie umiem, ale spróbuję jakoś krótko to ująć. Z dawnych lat, moje częste wyjazdy do Warszawy i wielki cykl bardzo długich rozmów z legendami polskiej polityki przełomu lat 90. To były naprawdę wielkie indywidualności i często wielkie umysły. Można się było z nimi nie zgadzać, ale nie można było nie czuć szacunku. Ta grupa już się przerzedza, niestety, niektórzy już odeszli z tego świata, inni na emerytury. Nie da się zapomnieć kilku godzin na rozmowie z Jackiem Kuroniem czy Leszkiem Moczulskim – przecież osobami z dwóch biegunów świata polityki. Coraz mniej jest dzisiaj takich, działa okrutna selekcja negatywna i dlatego dzisiaj coraz bardziej się dystansuję od tej „wielkiej” polityki. Dzisiaj już nie miałbym ochoty na te „jazdy” do warszawki…
A tutaj, w Radiu Plus? Debaty przed wyborami samorządowymi. One się odbiły naprawdę szerokim echem, także dzięki internetowi, w którym zapisy dźwiękowe krążyły i miały liczbę słuchaczy chyba porównywalną z tymi, którzy słuchali „na żywo”. Tytułem anegdotki, miałem niesamowita satysfakcję, jak po jakiejś debacie dzwoni słuchacz i mówi coś w tym rodzaju: „Panie redaktorze, słuchałem całe trzy godziny, ale ja wciąż nie wiem, na kogo Pan będzie głosował!”. I o to właśnie chodziło…

Jeśli dostałby Pan propozycję zostania dziennikarzem telewizyjnym, czy  przyjąłby ją Pan?

W moim wieku??? I proszę tego nie odbierać jako żart. Mówię zupełnie poważnie. TV ma swoje wymagania, kamera wymaga miłej buzi albo przystojnego, młodszego faceta. I nie w tym żadnej złośliwości, bo zapewniam, że znam wiele ładnych buzi i przystojnych mężczyzn, którzy są świetnymi dziennikarzami. Beze mnie doskonale się wszelka telewizja obędzie.

Czy zamieniłby Pan ten zawód na inny?

NIE.
                                 Z Krzysztofem Kosińskim rozmawiała Jolanta Maria Budniak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.