SOBIEŚCIADA, czyli Venus z Marsem przymierze zwycięskie

Cóż bitwa sama? W telegraficznym, a nawet SMS-owym skrócie jej okoliczności można by przekazać współczesnemu odbiorcy następująco: – sułtan Wiedeń oblegał, cesarz u papieża pomocy błagał, papież na honor Sobieskiemu wsiadł, król Jan przybył, Turka zwyciężył, łupy wziął… – Ot, sprawa cała. Najprościej tedy – istotną rocznicę czcząc – odtańczyć co nieco a odśpiewać w temacie, jak to Lew Lechistanu (jako to zwali króla Turcy) i Obrońca Wiary (zgodnie z tytułem nadanym przez papieża) przedmurze chrześcijaństwa był ocalił, sztandarami a chorągwiami
błysnąć… Obrazem i dźwiękiem na widza natrzeć…

Widowisko plenerowe „SOBIEŚCIADA, czyli Venus z Marsem przymierze zwycięskie (w hołdzie victorii wiedeńskiej 1683)” postawiło sobie zadanie odrobinę ambitniejsze.

Chorąży wielki, a potem marszałek wielki koronny, hetman polny, następnie hetman wielki koronny, wreszcie polski król – Jan Sobieski, Europę zbawiając nie spadł nagle z nieba; istniał wcześniej – z krwi i kości, inteligencję i temperament, wyjątkową sposobność do udatnej wojaczki, a i… do amorów w sobie skupiając. Pisał Boy-Żeleński, że nawet bez odsieczy wiedeńskiej, wszedłby Jan III na trwale do historii… literatury. [Sobieski miał zapewne świadomość, że takich potyczek jak te, które dotąd staczał, były w historii tysiące; ale miał zarazem przeczucie, że taką przygodę miłosną jak jego niełatwo znalazłoby się w dziejach i że „wieki o niej będą mogły pisać”.] Otóż to… Kim byłby ów potomek (po kądzieli) hetmana Żółkiewskiego, wyznający kult rycerskości, gdyby jego życiowej ścieżki nie przebiegła stópką drobną, Maria Kazimiera d’Arquien, prezentująca urodę i charakterek, a będąca ważkim trybikiem (politycznej gry królowej Ludwiki Marii Gonzagi) w pierwszej wielkiej ofensywie wpływów francuskich na Polskę ? Poszczególne elementy „układanki” (gdybyż istniały podówczas puzzle albo lego) Sobieski-Polska-Wiedeń dają się ułożyć w sekwencje – Rycerz – Miłość – Dama – Bohaterstwo – Ojczyzna – Sława i Chwała.

I taką właśnie story z wiedeńską odsieczą w finale poskładali scenarzysta i realizatorzy. Miłość Sobieskiego do pięknej Francuzki (utrwalona w wyrafinowanych literacko listach do niej) nie była bez znaczenia (zaplotła się w polskie dzieje, niczym we włosy wstążka) – nie tylko im towarzyszyła, ale i, po części, nimi powodowała. Gdyby bardziej uległy, a mniej ojczyźnie zobowiązany Jan okazał się – zamiast gnać pod Wiedeń, siedziałby (od lat paru, odsiecz wyprzedzających) z Marysieńką w słonecznej Prowansji (do czego go, ta bestyjka przebiegła, namawiała). Sobieskiego z Marysieńką rozdzielić niepodobna i ten fakt zasługuje, by go odbiorcom widowiska wyraźnie uświadomić i przypomnieć. Grzechem zatem byłaby rezygnacja choćby z przytoczenia smakowitych kąsków miłosnej korespondencji królewskiej pary. A się prosi o choćby naszkicowanie przenikających się polskich i francuskich przejawów i form dworskiego zachowania – stąd np. w scenach pokoronacyjnego balu i polski goniony, i francuski gavot.

Żyjący w siedemnastowiecznej Polsce żołnierze Sobieskiego, późniejsi tryumfatorzy spod Wiednia, mieli wprzódy sposobności wiele, by zaprawiać się w bojach i potyczkach, wyćwiczyć wojenne rzemiosło ze Szwedami, Tatarami, Rosjanami. Wojowali i śpiewali o tym pieśni. W przerwach od wojaczki, w życiu codziennym dbali o majętności, gościli się, ucztowali, polowali, bawili się, hulali, wadzili ze sobą, miłowali… O tym wszystkim jest też być „SOBIEŚCIADA…” (element tytułu zapożyczony z poemy historycznej, z 1836 r., Ludwika Skarbka Michałowskiego).

Ze sceny zabrzmiały pieśni (większość zamieszcza antologia Zbigniewa Adrjańskiego „Złota Księga Pieśni Polskich”) i utwory instrumentalne z epoki (tańce barokowe polskie i francuskie), jak też chronologicznie późniejsze (jak choćby fragmenty Śpiewów historycznych Juliana Ursyna Niemcewicza z muzyką Franciszka Lessla, czy pieśń wiedeńską Adama Kowalskiego, płodnego autora i zarazem kompozytora dwudziestolecia międzywojennego). Usłyszeliśmy frazy zaczerpnięte z Pamiętników Jana Chryzostoma Paska, utworów Jana Andrzeja Morsztyna, tytułowej Sobieściady Ludwika Skarbka Michałowskiego i innych autorów barokowych. Uważny widz i słuchacz odnalazł wplecione w SOBIEŚCIADĘ „cytaty” nawet osiemnastowieczne (np. Odę do wąsów Franciszka Dionizego Kniaźnina czy Pochwałę wesołości Franciszka Bohomolca), jednak na tyle zakorzenione i zrośnięte z sarmacką tradycją, tyle z niej czerpiące, że szkoda byłoby ich nie przytoczyć – w owej palecie cech, zachowań i postaci dla sarmackości typowych. Pojawiły się też teksty stylizowane, napisane specjalnie dla widowiska.

O odsieczy wiedeńskiej krąży wiele anegdot; dosyć popularną, acz nie mającą potwierdzenia w źródłach, jest ta o specyficznym dialogu wezyra Kara Mustafy z królem Sobieskim. Przed bitwą wiedeńską miał wezyr wysłać do Lwa Lechistanu korzec maku na znak, że tyle ma żołnierzy pod sobą, ile jest tych ziarenek w korcu – niezliczoną ilość. Miał na to Sobieski odesłać garniec pieprzu z komentarzem, że Polaków jest tylko tyle ile ziarenek pieprzu, ale niech no ktoś spróbuje je zgryźć!
Żywimy przekonanie, że „SOBIEŚCIADA…” okazała się widowiskiem do zgryzienia… całkiem strawnym. A być może, przy okolicznościach sprzyjających – smakowitym.

Krzysztof Rozner

 


Sobieściada, fot. Czesław Kobierski – kierownik sekcji administracyjnej RZAWP

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.