Z Januszkowic do Berlina, etap ostatni – Rejs ściekiem Odry

Przepłynęłyśmy Odrę w czerwcu, lipcu i na początku sierpnia, czyli w ostatnich tygodniach i dniach, gdy dogorywało w niej życie. Wykonałam setki zdjęć, które teraz stanowią pamiętnik pierwszej i ostatniej w moim życiu wędrówki po mojej „Uodrze”. Pokażę je we wrześniu na Kongresie Polskich Mediów.

Przypomnę: rozpoczęłyśmy w czwórkę nasz rejs małym jachtem motorowym o nazwie „za mała” z Januszkowic do Berlina 4 czerwca. Pierwszy etap zakończył się po kilku dniach w Brzegu. Kolejny start z mariny w Brzegu to data symboliczna: 24 czerwca, św. Jana. Przebrnęłyśmy przez wszystkie odrzańskie śluzy, odwiedziłyśmy przystanie i mariny górnej, środkowej i dolnej Odry. Metą drugiego etapu był Kostrzyn nad Odrą. 28 lipca wyruszyłyśmy z tego miejsca „na Berlin”.

Wypływamy z mariny w Kostrzynie (woj. lubuskie) o godz. 18.00. Niegdyś stolica Nowej Marchii – strategiczna twierdza, w 1945 roku „polska Hiroszima”. Miasto – brama do Berlina, niemal w 100 % uległo zagładzie w wyniku alianckich bombardowań. Kostrzyn jest kojarzony powszechnie z produkcją celulozy, „dzięki” której rozwijał się w czasach niemieckich, za Polski Ludowej i dziś, za sprawą międzynarodowych koncernów z branży papierniczej. Brudna, brunatna woda w marinie, w Warcie i dalej w Odrze. Walka o przebrnięcie przez mielizny rozpoczęła się po godzinie. Jedna mielizna za drugą, piaszczyste łachy niewidoczne z daleka pod cienką warstwą wody. Wprawdzie sterujemy zgodnie z wytyczonymi zielonymi i czerwonymi bakenami. Ale niewiele nam bakeny pomagają, bo same osiadły na mieliznach; woda żłobi swoje własne nurty. Gośka i Basia płyną na pagajach, a Agnieszka i ja brniemy w brunatnej mazi, przepychając łódkę. Jesteśmy na wodzie same, znikąd pomocy. Tu fotografuję ogromne stada ptaków, dziwne kożuchy na wodzie i małe śnięte ryby. Jest czwartek, godzina 20.22. Jeszcze nie kojarzymy tych kilku trupków z katastrofą ekologiczną, która wybuchnie w mediach za kilka dni. Brudną wodę, pełną szumowin i kożuchów obserwowałyśmy już w drugim etapie, podczas czerwcowego rejsu w okolicy Malczyc, Ścinawy, Bytomia Odrzańskiego, gdzie też był dramatycznie niski stan wody.

29 lipca 2022 ukazał się na portalu polskiemedia.org oraz na łamach Nowej Trybuny Opolskiej mój artykuł o pierwszych dwóch etapach naszego rejsu, zatytułowany „Moja Uodra”. Także tego dnia  przeczytałyśmy w internecie pierwsze doniesienia o wyłowieniu śniętych ryb w Oławie. „Za mała” wpływała już na niemieckie wody.

Oderbruch – Kotlina Freiennwaldzka

Aby się dostać drogą wodną do Berlina, trzeba zostawić Odrę Graniczną za Osinowem Dolnym na wysokości Cedyni i skręcić w lewo na śluzę w Hohensaaten.

Ale przed nami jeszcze dziś i jutro do południa dziesiątki kilometrów rejsu po przepięknej krajobrazowo Odrze Granicznej. Po prawej stronie polskie słupy graniczne, po lewej słupki niemieckie i biegnąca wzdłuż wałów autostrada rowerowa Odra-Nysa. Jest godzina 20.32, mijamy stary młyn portowy Kienitz. Naprzeciwko – polskie Chlewice i droga nr 127 prowadząca do Porzecza.

Jesteśmy w samym centrum Oderbruch (polska nazwa: Kotlina Freienwaldzka), czyli dawnych odrzańskich bagien, które nakazał osuszyć król pruski Fryderyk II. Pracami kierował zaproszony z Niederlandów mistrz melioracji Simon Leonard von Haerlem. Na 70 tys. ha odebranej Oderbruchowi ziemi stworzono żyzne pola uprawne, sprowadzono osadników. Najlepiej wyjątkowość tego obszaru opisał w lipcu ubiegłego roku wybitny reportażysta i fotograf Filip Springer w artykule „Dojrzeć rzeczność”. Podczas gdy my dzisiaj przemierzamy Odrę wzdłuż jej uregulowanego koryta i to dość pospiesznie, nie zatrzymując się dłużej na brzegach i nie zaglądając do ułożonych wzdłuż niej wsi i miasteczek, Springer przejechał Oderbruch rowerem: 300 kilometrów po polskiej i niemieckiej stronie. Wyśmienita lektura, ogromna wiedza, głęboka analiza. Ten artykuł dedykuję jako elementarz dla tych nauczycieli, którzy zechcą dzieciakom przybliżyć wiedzę o geografii i historii Odry. W wydziałach promocji rozmaitych urzędów też by się ten tekst przydał.

Kienitz, wzgórza Seelow to „brama na Berlin”: miejsca związane z ostatnią największą walką Armii Czerwonej w roku 1945, kierowaną przez marszałka Żukowa. Czelin – tutaj postawiono pierwszy słup graniczny na Odrze. Jeszcze przed Czelinem po niemieckiej stronie mijamy świetnie zagospodarowany Kulturhafen Gross Neuendorff z domkami turystycznymi wkomponowanymi w zabytkowe wagony kolejowe.

My zatrzymujemy naszą łódkę w niemieckich szuwarach, na 641 kilometrze. Nad nami kołuje niemiecki Adler. A może to polski orzeł? O narodowość tego szlachetnego ptaka sprzeczać się nie będziemy. Ptaki i ryby, w przeciwieństwie do ludzi, nie rozróżniają brzegów rzek. Ani granic…

Dbają to mają…

Odra jest w tym miejscu wyraźnie czyściejsza niż za Kostrzynem. W Gozdowicach mijamy prom „Bez granic”, łączący tę wieś z Güstebieser Loose (chyba nieczynny). Po niemieckiej stronie żegna nas posadowiony na wzgórzu Viadrus – bóg Odry, o którym pisałam szerzej w artykule „Moja Uodra”. Zostawiamy Siekierki i Most Europejski, Osinów Dolny z najdalej wysuniętym na zachód punktem Polski. Za chwilę pożegnamy Odrę Graniczną, przez śluzę Hohensaaten wpłyniemy na Starą Odrę Wrzesińską, a potem na kanał Odra-Havela. Pora wyciągnąć z plecaka krótkofalówkę (radio VHF), bo w Niemczech nie dzwoni się na kolejne śluzy tak jak u nas. Kto nie wyposażył się w krótkofalówkę, będzie miał kłopot, bo postoi dłużej na wyznaczonym miejscu, gdzie oczekują łodzie sportowe: „Warteplatz Sport” i prześluzuje w grupie, wraz z innymi jednostkami. Oczywiście, my wielokrotnie będziemy dzwoniły na śluzy, wyszukując ich numery w internecie, bo inaczej utkwiłybyśmy w Niemczech na dłużej. Ale o tym napiszę później. Dodać trzeba, że bez znajomości języka niemieckiego nie uda się sprawnie porozumieć z „enerdowskimi” śluzowymi.

Wpływamy do urokliwego Oderbergu: Góry Odrzańskiej usadowionej pośród polodowcowego krajobrazu. Należy tutaj koniecznie odwiedzić Muzeum Żeglugi Śródlądowej wraz z egzemplarzem bocznokołowca Riesa. Korzystamy z pierwszej niemieckiej mariny na pograniczu Brandenburgii i Pomorza Zachodniego: prysznic za 2 euro, kawiarenka, mnóstwo przydatnych informacji turystycznych; w języku polskim nie widzę. Poczynając od Oderbergu, wzdłuż całej naszej wędrówki do Berlina kanałami, rzekami i jeziorami towarzyszyć nam będą setki łodzi, stateczków, jachtów, kąpiących się rodzin, domków, willi, rezydencji, a nawet osiedli mieszkaniowych usytuowanych w najbardziej bezpośredniej bliskości traktu wodnego. Zupełnie inaczej niż w Polsce. Tu przydomowe ogrody łączą się z rzeką i kanałem, wszędzie zaparkowane łódki i jachty. Woda jest czysta i nie widać też, aby susza zbyt mocno zaingerowała w jej poziom, jak to zaobserwowałyśmy podczas naszego rejsu w Polsce. Melioracja, regularne pogłębianie, ciągłe umacnianie i wypełnianie kamienistych brzegów kanałów ale zarazem – co widać na mapach – retencja: liczne rozlewiska, jeziora, oazy spokoju z nenufarami i ptactwem – spotkani przez nas dwa dni później wodniacy z Poznania, płynący na Juliett spuentowali nasz wspólny podziw krótkim zdaniem: „Dbają to mają”.

Dziś ważna data w naszej wędrówce. Wszyscy, których informujemy o naszej odrzańskiej przygodzie zazdroszczą nam najbardziej przeprawy przez śluzę windową Niederfinow. To jest rzeczywiście spektakl. Statki, barki, łódki są transportowane w olbrzymiej, wypełnionej wodą 60-metrowej wannie. Niewiarygodne, że pokonujemy niemal bezszmerowo różnicę poziomów wody wynoszącą aż 36 metrów w czasie zaledwie 5 minut. Przyglądają się temu widowisku turyści przyjeżdżający tu z całego świata. Podnośnia zbudowana w latach 1927-34 ma wkrótce służyć wspomagająco wobec wzniesionej obok, ale jeszcze nie oddanej do użytku nowoczesnej śluzy, z pewnością jeszcze bardziej spektakularnej. Wpływamy na kanał Odra-Havela. Powstał w latach 1908-1913, by połączyć Berlin ze Szczecinem. Od tej pory będziemy obserwowały przez całą drogę, godzina po godzinie ogromny ruch barek z polską banderą i napisem Szczecin. Wpłynęłyśmy w inny świat. Niemcy udowadniają, że dzięki wodnemu transportowi śródlądowemu można zaoszczędzić czas, pieniądze i chronić środowisko. Właśnie mija nas olbrzymi statek wycieczkowy Cruiser Mona Lisa. W marinie Havelbaude można opróżnić zawartość pokładowych toalet, zatankować paliwo. Kupiłyśmy 10-litrowy kanister za 17.40 euro i ruszamy w dalszą drogę „nach Berlin”. Pierwszy szok cywilizacyjny na niemieckim żeglownym torze wodnym to port Eberswalde z wielohektarowym parkiem technologiczno-przemysłowym, zakłady stalowe, hałdy towaru. Cała flota barek, budowa za budową: nowe ostrogi, nowe larseny, drogi równoległe do kanału, ogromne dźwigi przeładunkowe.

Na nocleg wybrałyśmy Marienhafen. 1 euro płaci się za prysznic, 15 euro za całą naszą czwórkę kosztowała doba, w tej cenie ciepłe bułeczki, czekające w bosmanacie od 6 rano, z napisem powitalnym na papierowej torebce. Obok nas zacumował Paweł ze Szczecina, ichtiolog, właśnie wraca z pętli wokół Berlina. Paweł się dziwi, że pokonałyśmy odcinek pomiędzy Kostrzynem a Oderbergiem. Chciał już kilka razy dopłynąć ze Szczecina do Kostrzyna na Woodstock, ale nie było szans, bo zawsze było mało wody w Odrze. Odpływamy wcześnie, bo chcemy dotrzeć dziś aż do Spandau.

Jest 30 lipca, sobota, śluza Lehnitz. Wciąż podpływają następne jachty. Jesteśmy atrakcją: cztery kobiety płynące na malutkiej łódce o nazwie „za mała”, nieporównywalnie za małej wobec wszystkich tu pływających luksusowych jednostek. Słyszymy słowa uznania: cool, crazy… oraz pytania: jak wy się tu mieścicie, gdzie śpicie? Pokazujemy nasze spartańskie warunki: Gosia i Basia śpią w kajucie, a ja z Agnieszką na drewnianych ławkach na zewnątrz. Wyjątkowy upał tego lata męczy nas potwornie za dnia, ale ciepłe noce sprzyjają naszej awanturniczej wyprawie.

Bardzo długo, bo aż dwie godziny czekamy na prześluzowanie i w tym czasie wymyśliłyśmy zadanie dla Google: skoro mamy w nawigacji podany czas na przejazd i przejście z punktu A do punktu B, należałoby wprowadzić w aplikacji czas potrzebny na dopłynięcie. Chyba niezły pomysł. Przydałoby się wiedzieć, o której godzinie zawitamy do mariny w Spandau: Wassersportfreunde 04, poleconej nam przed chwilą przez Doris z sąsiedniej łódki oczekującej w śluzie. Zeszłyśmy o 8 metrów niżej. Stąd płyniemy do Oranienburga. Gocha chciałaby koniecznie podejść stamtąd do Sachsenhausen, ale czas nam nie pozwala na tak poważne przedsięwzięcie. Trzeba będzie się wybrać kiedyś drogą lądową, śladem naszego wodnego rejsu i poświęcić czas na omijane teraz wyjątkowo piękne lub historycznie ważne dla nas miejsca.

Potem wpływamy na Havelę. I znowu: ludzie mieszkający w willach przy wodzie, w barkach na wodzie, jakaś grupa płynie na okrągłym „czymś” z grillem na pokładzie; inni kąpią się całymi rodzinami, między nimi łabędzie, kaczki. Widok nad widoki… ludzie i woda w symbiozie. Wkrótce mijamy osiedle mieszkaniowe, na tarasach przy wodzie dziesiątki tańczących par. Podobno oni tak co tydzień się tu zbierają i tańczą.

Pod wieczór dopływamy do berlińskiej dzielnicy Spandau. Za marinę płacimy 21 euro. Nasi gospodarze to małżeństwo na emeryturze, mieszkają tu na pomarańczowej barce. Podarowali nam mapy wód rozciągających się wokół Berlina i Poczdamu. Nie radzą na tak małym silniku wpływać w niedzielę do ścisłego centrum Berlina, bo ruch dużych jednostek turystycznych może spowodować przykrą niespodziankę, gdy nie zdążymy uciec na zakręcie. Lepiej opłynąć Berlin, odbić za Charlottenburgiem w cichy Landwehrkanal, gdzie nie wpuszcza się większych statków.

Berlin zdobyty

Od samego Spandau wzdłuż Sprewy mijamy z lewej i prawej ogromne zakłady przemysłowe, składy budowlane, cementownie, zakłady betonowe, silosy, stocznie, elektrociepłownie, z dzielnicą Siemensa, też usytuowaną przy wodzie w okolicy Charlottenburg. Czystość wody w Sprewie nie zachwyca. Tutaj nie widzimy ani kąpiących się osób, ani rekreacyjnych jachtów. W centrum Berlina nie ma też zbyt wielu miejsc, gdzie można by zacumować. Liczne dostępy do wody są wyraźnie dedykowane licencjonowanym przewoźnikom, którzy organizują wycieczki statkami turystycznymi po Berlinie. Kanał omijający centrum prowadzi w stronę Kreuzberga, Mijamy piękne stare mosty, siedzibę Mercedesa, Instytut Frauenhofera, Uniwersytet Techniczny, ZOO, siedzibę CDU… Po każdej stronie kanału koczują dziesiątki bezdomnych, którzy pobudowali sobie pod mostami mniej lub bardziej luksusowe legowiska. Spotykamy może dwie jednostki policji wodnej, kontrolującej rutynowo ruch na wodach Berlina. Przed nami Kreuzberg, jest możliwość przybicia do brzegu. Tak szybko jak zeszłyśmy na ląd, wracamy na łódź. Jest brudno, pełno śmieci, butelek, mnóstwo ludzi siedzących na wygniecionej, suchej trawie, zero toalety czy żeglarskiej kawiarenki. Nie możemy też odejść od jachtu, bo jakże zostawić go w tym miejscu. Spore rozczarowanie niegościnną dla wodniaków ścisłą stolicą Niemiec. Potem już od niemieckich żeglarzy usłyszymy wersje, dlaczego tak jest. Powód, który się wymienia powszechnie: uchodźcy. Miasto sobie po prostu nie radzi z ogromną skalą przestępczości i zanieczyszczeń. Śluzujemy, kierujemy się w prawo, opływamy charakterystyczną aluminiowe trio: to „Molekularny Człowiek”. Otwory w rzeźbie oznaczać mają cząsteczki wszystkich istoto ludzkich, które łączą się, tworząc jedną całość. Mając na uwadze, że człowiek składa się głównie z wody, to jej współczesne zanieczyszczenie nie oznacza dla naszego świata nic dobrego, tak sobie interpretuję.

Kierujemy się w stronę Stralau, gdzie zanocujemy. Trochę szkoda, że nie odbiłyśmy w lewo i nie wpływamy jednak pod berlińską katedrę, parlament czy Humboldt Forum, jak planowałyśmy pierwotnie. Podjedziemy tam po prostu berlińską S-Bahn. Wspólne zdjęcie pod Bramą Brandenburską, spacer wzdłuż Unter den Linden, monumentalne berlińskie muzea, Uniwersytet Humboldta, obiad w tradycyjnej berlińskiej restauracji na Hackescher Markt, spacer wzdłuż Sprewy i powrót na łódź. Słyszałyśmy, że Berlin skąpany w wodzie od Charlotenburg przez ścisłe centrum do śluzy Mühlendamm  jest piękny: imponująca nowoczesna architektura połączona z zabytkami. Panuje tu ogromny ruch statków wycieczkowych, co powoduje wprowadzenie ograniczeń (zakaz poruszania się jednostek z silnikami poniżej 3.5KW i od godz. 10:30 do 19:00 tylko z radiem VHF). Jest tu wyznaczonych kilkanaście darmowych miejsc postojowych (do 24h). Jedno z nich pod samym „Reichstagiem” i Bramą Brandenburską, najbardziej atrakcyjne, niestety mieści tylko 5-6 łódek i cudem jest  zdobycie wolnego miejsca. Ten cel zostawiamy sobie na przyszłość.

Następnym razem…

Stralau w zatoce Rummelsburg, przeistoczone z poprzemysłowego zdegradowanego zagłębia z okazji wystawy EXPO w 2000 roku w miasteczko wodne „Nowy Berlin”. Wieczorem, gdy tu wpływamy, widok jest niesamowity. Oprócz widocznych na brzegach apartamentowców, mijamy dziesiątki domów na wodzie o przeróżnych formach, barwach i „elegancji” – dziki, chyba nie całkiem legalny, alternatywny Berlin. Ogrom zakotwiczonych wodnych domków nie podoba się mieszkańcom stałego lądu. Słyszymy głosy, że jest to kłopotliwa „komuna”, bo zbyt hałaśliwa, nie wiadomo gdzie odprowadzane są ścieki, no i tak ogólnie – kłóci się taka nieuregulowana radosna twórczość budowlana z tradycyjnym niemieckim ordnungiem. Nocujemy w tej okolicy nie w typowej marinie, ale w rodzinnej szkutni, gdzie w zasadzie cumują jedynie rezydenci. Wyjątkowo gospodarze pozwalają się zatrzymać na noc, kosztuje to 24 euro, ale toalety są zamykane o godz. 22.00 i otwierane o 7.00. Zatem: saperka i krzaki… Nie polecamy tego miejsca. Mogłyśmy popłynąć dalej, w dzielnicy Köpenick jest cały ciąg pięknych zakątków, hotelików, przystani. Opuszczamy Sprewę, wpływamy na Dahme: wodny raj. Mnóstwo marin, hausboty nowe i poprzerabiane ze starych barek, obok apartamentowce, wchodzące niemal wprost do rzeki, jakaś stara fabryka zamieniona w loft. Teraz wpływamy w Spree-Oder Wasserstrasse. Urokliwe miejscówki na tej drodze to Grünau; mijamy jakiś stadion regatowy po prawej, a z lewej przepiękne rezydencje nad wodą, potem plaża i znowu hausboty. Dalej Schmöckwitz, szeroko rozlane wody idące w trzech kierunkach, bardzo dużo pensjonatów. My płyniemy za polską barką, prosto. Kanał Odra-Sprewa to ciągnąca się kilometrami nuda, nuda, nuda. Pewnie dlatego płyniemy tylko my i ta barka z towarem. Wszystkie „wypasione” jachty przemieszczają się po tych cudnych rozlewiskach, które zostawiłyśmy za sobą. Wrócimy tu w przyszłym roku. Teraz naszym celem był zaledwie rejs dokumentacyjny z Januszkowic do Berlina a nie wczasy na wodzie.

Przed nami śluza Wernsdorf. Była remontowana, nieczynna, dziś ją otworzyli: 1 sierpnia.

Tutaj poznajemy Grzegorza z Poznania. Pływał razem z kolegami wokół Berlina na Juliett. Czekają na śluzowanie aż trzy godziny. Mamy szczęście. Podpływamy i – od razu zielone światło. Oczywiście, przyznam się, że wcześniej dzwoniłyśmy na tę śluzę, informując o planowanym przybyciu. Panowie, podobnie jak wszyscy do tej pory, też się dziwią, jak my tu śpimy. – Chyba piętrowo – żartują. Dziwią się też, jakim cudem przepłynęłyśmy tu Odrą aż z Januszkowic, skoro wody nie ma. Kapitan Grzegorz opowiada mi, jakie wrażenie robi wodny Berlin: – Ze wszystkich stron jest otoczony jeziorami. Setki przystani i tysiące łódek. Kiedyś przeczytałem w folderze firmy czarterowej, że Brandenburgia i Meklemburgia (czyli tuż za naszą granicą) ma 33 tys. km dróg wodnych i 3 tys. jezior. Abstrakcyjna liczba jak na polskie warunki. W tym roku nasi nowo poznani  towarzysze wodnej wędrówki chcieli popłynąć planowaną od kilku lat „wielką pętlą”: Berlin, Potsdam, Brandenburg, dalej Havelą i Łabą do kanału Łaba-Murritz, pojezierzem Meklemburskim, z powrotem Havelą do Berlina. Niestety, okazało się że na Łabie było tylko 90cm wody, bali się, że gdzieś utkną. Potem spotykamy się z poznaniakami na kolejnej śluzie, w Fürstenwalde. Oni zostają nad jeziorem pełnym nenufarów, a my gnamy przed siebie. Została nam ostatnia niemiecka śluza Kersdorf, musimy zdążyć przed godziną 20.00. Udało się, choć śluzowy przyszedł nas poinformować, że podobno do Polski trudno nam będzie dopłynąć. To my już wiemy… Popatrzył jak na kosmitki, otworzył. Nocujemy w pięknej marinie w Müllrose, na rezydenckim miejscu Juliett. Okazuje się, że Grzegorz właśnie tutaj trzyma swój jacht, bo w Polsce jak wiadomo, nie ma wody, a w dodatku w Niemczech ten koszt jest mniejszy niż w Szczecinie czy Świnoujściu. Z Poznania mają do tej miejscowości tylko dwie godziny. Żegnamy się, mimo że rozmowom wodnym pewnie nie byłoby dziś końca…

Chcemy być jutro w Eisenhuttenstadt na porannej kawie z Albatrosem. To piękny, stylowy stateczek, którym płynie kapitan Waldemar Rybicki z Wrocławia. On też wymarzył sobie tego lata, podobnie jak my, dotrzeć Odrą do centrum Berlina. Waldek kupił ten statek w Januszkowicach. Na razie znamy się tylko ze słyszenia, bo Piotr z Przystani Czernica wciąż o naszym wyczynie kapitanowi opowiada. Podczas gdy my z naszym 30-cm zanurzeniem jakoś tę Odrę na pagajach, z podniesionym mieczem i silnikiem opanowałyśmy, Albatros o zanurzeniu 90 cm musiał niestety przez cały swój rejs czekać na falę, czyli na dzień, gdy następował zrzut wody na śluzach dla barek. Z tego powodu najpierw czekał w Janowicach, potem w Głogowie, Cigacicach, a teraz od tygodnia w Eisenhüttenstadt. Woda ma się podnieść dopiero za kilka dni. Może nawet dłużej czeka na falę niż płynie na niej. Postanowiłyśmy przyholować „za małą” w przyszłym roku właśnie tu. Tu też jest jest bezpieczniej i taniej, a marina położona bardzo blisko miasta. Następnym razem już nie z Polski, ale z Niemiec wypłyniemy na dalsze wody wokół Berlina i Poczdamu a potem dalej… Jest tu tyle urozmaiconej przestrzeni do opłynięcia, że wrażeń wystarczy na kilka kolejnych lat.

Złapcie, złapmy, niech złapią…

Kończymy naszą wędrówkę we wtorek, 2 sierpnia. Z Eisenhüttenstadt, w scenerii monumentalnego, hutniczego przemysłu, umiejscowionego na lewej i prawej stronie kanału Odra-Sprewa, wypływamy przez Frankfurt i Słubice, wracamy już niemal w nocy do Kostrzyna. Tutaj parkują nasze samochody, tu musimy jakimś cudem wyciągnąć nasz jacht z wody i wpakować na lawetę. Z mariny na MOSirze nie da się, jest zbyt niski stan. Rano szukamy odpowiedniego miejsca, korzystając z podpowiedzi Staszka, pracownika przystani. Znajdujemy cudem ten „pseudoslip” na Kanale Warnickim, zaniedbany, zaśmiecony, „niczyj”. Mordujemy się dwie godziny, dość bezskutecznie, bo miejsce jest bardzo prowizoryczne. Dzwonię do Urzędu Miasta i pytam o ewentualne przemyślenia służb miejskich odpowiadających za wizerunek miasta położonego nad Wartą i Odrą. Dowiedziałam się, że rekreacja w górach, nad morzem czy na Odrze to prywatna sprawa. A miejsce, na którym wyciągamy łódź, nie należy do miasta, mimo że widzimy wyraźnie: jedynie tutaj da się w sytuacjach kryzysowych tego czynu dokonać. W kostrzyńskiej marinie tkwią „zaaresztowane” większe jednostki, bo stamtąd nie da się w tych warunkach suszowych ani wyjąć łodzi, ani wypłynąć na niej. Gdy zadzwoniłam pod ten sam numer teraz (16 sierpnia), ta sama pani kierownik mówi do mnie, że „śniętych ryb w Kostrzynie już nie widać, miasto przecież nie leży nad samą Odrą, bardziej nad Wartą, a rybami interesują się tylko wędkarze. Mieszkańcy nie żyją sprawami Odry”. Cytuję te słowa tylko dlatego, że postawa wielu urzędników wojewódzkich, marszałkowskich, miejskich, gminnych, ale też zwykłych przedstawicieli polskiego społeczeństwa „nieobywatelskiego” właśnie tak się przedstawia. Na całym odcinku Odry, który przepłynęłyśmy, widziałyśmy raz wodę czyściejszą, raz bardzo brunatną, pełną kożuchów, oleistą, cuchnącą. Nieskanalizowane gminy, mieszkańcy opróżniający szamba na polach, w rowach, rzeczkach, niby „kontrolowane” i absolutnie niekontrolowane zrzuty zanieczyszczeń, odbywające się w weekendy, gdy instytucje zajmujące się ochroną środowiska czy badaniem czystości wód nie pracują, niezalegalizowane urządzenia wodne, brak pozwoleń wodno-prawnych… Dziesiątki lat zaniedbań, ignorancja, niekompetencja, ale też brak elementarnej świadomości i kultury w otoczeniu nas samych: bo to nie moje… nie mieszkam w pobliżu, nie będę donosił na szefa, na sąsiada itd.

W grudniu 2021 roku w moim autorskim programie „Nie przelewaj. Ścieki i zanieczyszczenia” na antenie Telewizji Trwam prezes Paweł Rusiecki, mówił, że w ramach programu „Na straży czystych rzek” Wody Polskie przeprowadziły kontrole urządzeń wodnych, służących do odprowadzania bezpośrednio do rzek ścieków lub wód opadowych i roztopowych. „Zdiagnozowano około 20 tysięcy tego typu wylotów, z czego ponad 6 tysięcy nie ma pozwoleń, a to oznacza problem. Skala ilości wylotów jest tak duża, że prace zaczęto realizować z samorządami oraz przedsiębiorcami, abyśmy mogli wspólnie podjąć działania i dokonać analizy, a w konsekwencji wykluczyć możliwość zanieczyszczenia rzek ściekami”. Jak do wyników przeprowadzonej kontroli podeszły owe wspomniane samorządy, na których terenie wykryto nieprawidłowości? Jak wygląda monitoring instytucji za czystość wód prawnie odpowiedzialnych? To należałoby dziś zweryfikować i upublicznić. Ale to trudne. Może zdarzyć się tak, że stały truciciel to jakiś zakład, który sponsoruje kampanie wyborcze, przedsięwzięcia, darczyńca, dobrodziej… Za rękę nikt nie złapał. To się nazywa Układ Zamknięty? Na razie wylewa się hejt, medialne i przedwczesne linczowanie na oślep ministrów, prezesów, przedsiębiorców, podczas gdy linczujący nie odróżniają kompetencji „giosiów, rdosiów, wiosiów, nfośigwosiów”, które mylą z kompetencjami Wód Polskich, Sanepidu, centrów bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego przy wojewodach itd.

„Urząd Marszałkowski Województwa Opolskiego przygotował folder „Szlakiem Odry”. Jest tam mnóstwo przydatnych informacji o kilometrażu, śluzach. Ale na str. 12 czytam, że na 109.1 kilometrze Odry jest „Ujście potoku Anka, niosącego ścieki przemysłowe z Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach” (folder jest też w wersji PDF w Internecie). Czy ta treść została zweryfikowana? Czy jest to pomówienie, które stawia przedsiębiorstwo w złym świetle? I czy taka treść w ogóle powinna się znaleźć w materiale promującym Odrę, który to materiał opłaca marszałek województwa?

Przygotowując się do rejsu, próbowałam skompletować spójną i szczegółową mapę Odry, potrzebną nam do nawigacji. Samorządowe informacje turystyczne nie mają takich map, pokazujących całą Odrę po czeskiej, polskiej i niemieckiej stronie. Nie dostałam też takiej mapy od rzeczniczki Wód Polskich, gdy zapytałam o materiały potrzebne nam do dziennikarskiego rejsu. W Internecie można coś nabyć za kilkanaście złotych, ale nie o taką ogólną mapę nam chodzi. Za to każde województwo wyprodukowało sporo folderów i mapek „promujących” turystycznie szlak Odry, ale jedynie na swoim odcinku. Brak koordynacji, komunikacji występuje nie tylko pomiędzy polskimi i niemieckimi instytucjami rządowymi i samorządowymi. Brak jest komunikacji „odrzańskiej” przede wszystkim w Polsce. Pamiętam, gdy przed laty wielu nas – dziennikarzy pogranicza – należało do Polsko-Niemieckiego Klubu Dziennikarskiego „Pod Stereotypami”. Współpracowaliśmy, tworzyliśmy wspólne artykuły, reportaże, konferencje. Dziś tamci dziennikarze już odeszli, zmarli albo w redakcjach „nie ma klimatu” dla rzetelnych informacji z pogranicza. Jedynie doroczne Polsko-Niemieckie Dni Mediów stanowią jakiś margines poznawczy. Zresztą, w dobie krótkich newsów, komu się chce i opłaca pogłębiać trudny, kosztowny w zdokumentowaniu temat. A Odra to zagadnienie bardzo skomplikowane, wielowątkowe. I polityczne.

Płynęłyśmy Odrą niemal trzy tygodnie. Miejscami rzeka była tak płytka i ciepła, że ryby dusiły się, wypływając co chwilę na powierzchnię, łapiąc tlen. Tę dogodną sytuację wykorzystywali kłusownicy, których odróżniałyśmy od wędkarzy m.in. po ich ordynarnym zachowaniu, przekleństwach. Sznurki, a nie żyłki wplątywały się nam w śrubę i miecz. Obozowiska, namioty, ogrom wędek i sieci – w niektórych miejscach otumanione ryby odławiane były niemal na każdej ostrodze, w krzakach na całej długości naszego rejsu. Dopiero jak ryby zaczęły pływać brzuchami do góry, wędkarze podnieśli alarm. Woda w Odrze stała w czerwcu i lipcu na wielu odcinkach spokojna niczym lustro; bardziej przypominała jezioro aniżeli rzekę, nurt w zaniku. Upał sięgający 40 stopni Celsjusza, niespotykany dotąd niski poziom wody, brak opadów i niemal całkowity brak ruchu na Odrze… W górze rzeki pływa więcej łodzi, stateczków, motorówek, rzeka jest więc lepiej dotleniana, śluzy pracują częściej. Ale już za ostatnim stopniem wodnym, za Malczycami, woda stała. Tu potrzebne są dwa kolejne stopnie: Ścinawa i Lubiąż, aby wzruszyć, podnieść i ożywić wodę. Należy wprawić Odrę w ruch! Dziś w warunkach tak niskiej i stojącej ciepłej wody stężenie chemikaliów, nawozów, które zalegają w osadach dennych Odry zamienia rzekę w kompozycję Mendelejewa, a dodawane są jeszcze punktowe, niemonitorowane zrzuty, zakwity trujących glonów – to prawdziwy powód katastrofy ekologicznej na Odrze AD 2022. Takie jest moje zdanie. I nie jestem przekonana do wizji tzw. ekologów o koniecznej renaturyzacji akurat tejże – od setek lat już uregulowanej – Odry. Za 25. śluzą w Malczycach Odra pozostaje przecież „naturalna”: właśnie tam zaczyna być na wielu odcinkach najbardziej brudna, płytka, stojąca, w tym sezonie całkiem pozbawiona turystyki wodnej i niemonitorowana. Policja ofiaruje milion złotych temu, kto wskaże potencjalnego truciciela. Popatrzmy wszyscy do lustra… Jeśli dodać, że zgłoszenia mogą być przekazywane anonimowo, to skala hejtu, dezinformacji i trucizny sięga dna.

Teresa Kudyba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.