KONDUKTOR: medialnie skazany

Przybliżam najpierw uczestników wydarzenia:

Ofiara – 27 letnia niepełnosprawna studentka jednej z toruńskich uczelni. Córka często cytowanego przez TVN burmistrza jednego ze śląskich miast. Chora na mózgowe porażenie dziecięce.

Opiekunka – pracownica jednej z instytucji urzędu reprezentowanego przez wspomnianego burmistrza.

"Bestia"  – steward wagonów sypialnych z kilkudziesięcioletnim stażem pracy, z nieuleczalnie chorą na raka żoną, którzy cztery lata wcześniej pochowali córkę dotkniętą tą samą chorobą, co wskazana przez media ofiara.  Od zaszczutego stewarda dowiedzieć się niczego nie mogłem, gdyż z różnych przyczyn nie wierzy już nikomu i nie opuszcza domu z obawy przed linczem.

Z materiału dowiadujemy się, że po sprawdzeniu biletów opiekunka wraz z niepełnosprawną kobietą usiadły w przedziale, a wózek zostawiły na korytarzu. Potem doszło do konfrontacji pomiędzy opiekunką i konduktorem, w wyniku której mężczyzna wyrzucił wózek inwalidzki, stojący w ciągu komunikacyjnym wagonu na peron, co spowodowało jego nieodwracalne zniszczenie. Jak wyglądał przebieg tej rozmowy? Tego nie wiemy. Nie znamy też wersji wydarzeń konduktora, gdyż nikt przed publikacją nie raczył go o to zapytać…
W dołożonym do artykułu materiale filmowym opiekunka po obrazowym przedstawieniu zdarzenia: "…wózek został w korytarzyku. Ja z tym panem rozmawiałam, a on wziął ten wózek, tak stał w tym korytarzyku, wziął go ręką i wytegował, wpadł na peron i się roztegował…" ponadto "dokładnie" powtórzyła słowa konduktora, które później, z różnymi zmianami, tak chętnie cytowali dziennikarze różnych serwisów: "Takie osoby nie powinny w ogóle przejeżdżać takim pociągiem, to nie jest pociąg, to nie jest przechowalnia, to nie jest przejazd dla takich osób." Słowa musiały być skierowane do opiekunki, gdyż druga pani siedziała w przedziale, a konduktor "wytegować" wózek mógł tylko przez drzwi. Dalej słyszymy wypowiedź niepełnosprawnej kobiety, która siedząc w piątym, środkowym przedziale wagonu sypialnego (tak wynika z miejscówek obu pań) widziała lecący wózek: "Jak mi konduktor wyrzucił ten wózek, to ja się czułam jakbym ja leciała". Później opiekunka demonstruje wózek, który, jak się okazuje, bardzo łatwo się składa. Czemu stał rozłożony w wąskim przejściu, a nie złożony w przedziale? Na koniec rozmowa telefoniczna z rzecznikiem, o dziwo, spółki PKP Intercity, a przecież WARS ma swojego rzecznika.
Opowieść jeżąca włosy na głowie i jeśli jest prawdziwa, to konsekwencje jakie ponieśli albo poniosą pracownicy tej spółki są słuszne. Jednak oskarżony, osądzony i skazany przez media pracownik kolei powinien mieć jakieś prawo do obrony lub prezentacji własnej wersji tych wydarzeń.
Tylko po co? Komu to potrzebne? Zamiast tego telewizja, prasa, gazety internetowe, portale kolejowe, blogi społecznościowe, wszyscy przypuścili szturm na podłego konduktora wagonu sypialnego..
Dziennikarska fantazja opisu jednego wydarzenia stworzyła swoistą falę, czy wręcz tsunami, w której pracownik kolei został już zatopiony i porwany, a przecież tam, gdzie jest dwoje świadków, którzy są stroną konfliktu trzeba być ostrożnym w wydawaniu opinii w oparciu tylko o jedną relację. Rzetelnością wykazali się także dziennikarze  GW wydanie regionalne w Katowicach, materiał ten został też zamieszczony na portalu gazeta.pl, którzy na podstawie omawianego materiału stworzyli swoją własną wersję wydarzeń. Ich zdaniem całe zajście wyglądało następująco: "Kiedy nadszedł dzień powrotu, po Oliwię przyjechała znajoma Bronisława Kopytko, by pomóc dziewczynie wsiąść do pociągu i ponieść jej bagaż. Ze stacji w Kamieniu Pomorskim dotarły do Szczecina, a tu przesiadły się do pośpiesznego do Katowic. Czekała je długa droga, więc postanowiły coś zjeść. Pani Bronisława pomogła Oliwii usiąść przy stoliku w wagonie restauracyjnym, a wózek ustawiła w przedsionku. To nie spodobało się pracownikowi warsu. – Złapał go i z impetem cisnął o peron, krzycząc, że mu zawadza." – Źródło GW Katowice. To już opowiadanie fantasy… Skąd ten wagon restauracyjny i słowa konduktora? Może wózek wyrzucił przez okno?
Na sensacyjnych informacjach ucierpieli też inni pracownicy naszych  kolei. Ludzie, którzy z tą sprawą nie mają nic wspólnego często są teraz zaczepiani przez podróżnych i wsadzani do jednego worka z "bestią". Na materiale filmowym zaprezentowano pociąg Przewozów Regionalnych, a na zdjęciach wagon z logo PKP Intercity. Czemu pracownicy tych firm są włączani do tej  sprawy?
Straty wizerunkowe dla Warsu trudno oszacować, ale wiadomo, że są duże pomimo, że dyrekcja zobowiązała się do pokrycia kosztów zakupu nowego wózka dla niepełnosprawnej kobiety. Wkrótce rozpoczną się specjalne szkolenia dla pracowników spółki  w zakresie pomocy dla osób niepełnosprawnych. Jednak fala krytyki wobec firmy nie maleje. W Internecie pojawiają się kolejne krytyczne komentarze, już nie tylko wobec konduktora, ale też jego pracodawcy, mimo, że  spółka natychmiast podjęła wszelkie kroki, by wyjaśnić sprawę.
Chciałbym, żeby wszystkie firmy w naszym kraju tak reagowały po błędach swoich pracowników.
 
Dotarłem też do relacji  jednego z naocznych świadków zdarzenia, z której wynika, że opiekunce towarzyszyły dwie osoby odprowadzające Oliwię. To one pomogły wnieść niepełnosprawną kobietę do przedziału. Jeśli przypadkiem czytają ten artykuł, to proszę żeby się ze mną skontaktowały za pośrednictwem redakcji.
Wiem, że mają bezcenne informacje, które pomogą wyjaśnić tą sprawę.
Zebrałem już materiały, które stawiają całe zdarzenie w zupełnie innym świetle, ale w przeciwieństwie do innych mediów będę mógł je opublikować po dokładnym sprawdzeniu i zapoznaniu się z relacją wszystkich zaangażowanych w sprawę uczestników zdarzenia.

Piotr Żyła
Wiadomości24.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.